Granice wytyczamy sobie sami. Zdarza się jednak, że są one wynikiem obaw naszych bliskich, którzy zamiast nas wspierać dokładają zmartwień. Z góry uprzedzam, że wszystko, co tutaj się znajduje jest moją osobistą receptą na pokonywanie kłód rzucanych nam pod nogi. Nie chcę do niczego namawiać, ani mówić, co jest dobre, a co złe.

Co powiedzieć rodzicom jadąc na wyprawę?

Wszystko zależy od rodziców. Czytelnicy tego bloga, wiedzą jak to wyglądało w przypadku mojej mamy i wyjazdu challenges_ahead-1do Grecji.

-Mamo, jadę jutro stopem do Grecji?
-Nie, nie jedziesz!
-Jadę!
-Nie wygłupiaj się… stopem do Grecji, powiedz, gdzie jedziesz…
-Nad morze.
-To jedź.

Po kilku dniach, dzwoni do mnie kochana rodzicielka:


-Jak nad tym morzem, pogoda dobra?
-Tak, 30 stopni, góry na horyzoncie
-Gdzie Ty jesteś?!
-Nad Morzem… Egejskim.

Nie winię jej za to, że się o mnie martwi, bo sądzę, że równie mocno troszczyłbym się i obawiał o swoje dziecko, gdyby to ono podróżowałoby w taki sposób.

Niestety, matula ciągle nie do końca akceptuje taki stan rzeczy i nie za bardzo mnie wspiera w realizowaniu marzeń. Raczej ciągle żyje nadzieją, że zmienię swoje „hobby”, posadzę drzewo, wybuduje dom, etc. Sądze, że bierze się to z czystego macierzyńskiego instynktu i świadomości, że jej kochanemu Michasiowi może stać się coś złego. Szkoda tyko, że nie zauważa, że jej dziecko jest już w stanie podejmować najbardziej nieodpowiedzialne, nieprzemyślane decyzje swojego życia i ono, i tylko ono, będzie ponosić ich konsekwencje. Nie mniej, taka postawa daje mi ogromnego kopa motywacyjnego, by pokazać jej i całemu światu, że dam radę i jestem w stanie osiągnąć to do czego dążę.

Co jeżeli moja dziewczyna/chłopak nie pozwala mi pojechać na wyprawę?

Zacznę od takiego utartego powiedzienia, które na stałe wbiło się w w mój światopogląd:

„Kocha to poczeka, a jeżeli nie, to nie była tego warta”. Uważam, że osoby w związku powinny się wspierać, a nie wzajemnie ograniczać. Cytując Gordon Matthew Sumnera „if you love somebody set them free”. Pojawia się w końcu kwestia, czy jechanie w świat z inną osobą niż swoja ukochana jest fair. W końcu, będzie się spędzało dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu przez długi czas, niejednokrotnie widząc drugą osobę w warunkach, które na co dzień zarezerwowane są dla tych najbliższych \. To już pozostawię bez odpowiedzi i komentarza.

Chłopaku, jeżeli Twoja dziewczyna nie chce Cię puścić na wyprawę i nie chce jechać z Tobą w obawie o swoje bezpieczeństwo i zdrowie, może warto się zastanowić, co jest dla Ciebie ważniejsze – miłość czy spełnianie marzeń.

Dziewczyno, jeżeli Twój facet nie chce z Tobą jechać na wyprawę, bo się boi, że stanie mu się krzywda, może warto się zastanowić, kto w związku częściej zakłada spodnie, a kto spódniczkę.

Jestem dziewczyną, z pewnością stanie mi się coś złego

Owszem, Paniom grozi więcej niebezpieczeństw, ale przy zachowaniu odpowiednich środków ostrożności – nie ma się czego obawiać. Jeżeli dziewczyna boi się samotnej podróży, zawsze może poprosić doświadczonego kolegę lub poszukać kogoś na facebookowej grupie by z nią pojechał. Sam znam kilka pań jeżdżących na własną rękę bez towarzystwa, chwalących sobie taką formę podróżowania.

Co z pracą/ szkołą/ uczelnią?

Zawsze uważałem, że jest czas na przyjemności i jest też czas na obowiązki. Sądzę, że z tego powodu chcę najpierw skończyć uczelnię, a dopiero potem dać się do reszty porwać wirowi autostopowej przygody. Uważam po prostu, że jeżeli kiedyś pojechałbym gdzieś na kilkuletnią wyprawę, to w przypadku decyzji o powrocie do ojczyzny, chciałbym mieć jakiś start – chociażby tytuł, który mógłby zwiększyć moje szanse na jakąś pracę. Póki co, nie chce jednak być kolejnym „Kowalskim”, który woli po pracy położyć się na kanapie i do wieczora bezmyślnie przełączać kolejne kanały w telewizji, i korzystam z każdej wolnej chwili robiąc sobie wycieczki tu i tam.

Bycie ograniczonym w trakcie podróży takimi błahostkami jak termin rozpoczęcia uczelni, koniec urlopu czy urodziny kota jest bardzo stresujące. Wiadomo, że ten czas prędzej czy później nadejdzie, ale po co przejmować się spóźnieniem na jakieś spotkanie, skoro można na chilloucie leżeć, chociażby na plaży w Chorwacji.

7 thoughts on “Pokonywanie własnych granic”

  1. Tak naprawdę po tym poście nadal nie wiem jak „pokonać granicę” i nadal nie znam tej „recepty na kłody rzucane pod nogi” o jakich miała być tu mowa. Trochę nieprzemyślane.

    1. Nie pisałem niczego wprost. Podawałem przykłady, które mogą być tymi kłodami – rodzice,uczelnia, związek, i starałem się pokazać mój pogląd na te przeszkody.

      Tak na prawdę największą przeszkodą i kłodą o której nie napisałem i o której szerzej nie napisze jest brak swego rodzaju odwagi, desperacji czy motywacji. Wiele osób chciałoby spróbować ale…, no właśnie „ale”. Boją się wykonać pierwszy krok, boją się zrobić cokolwiek, dlatego te wszelkie kłody, czy granice, są dla nich wymówkami. A na takie zachowanie nie ma recepty. Póki taka osoba nie zrozumie, że sama siebie ogranicza, można tylko takiej osobie pokazywać pewne wzroce osób, którym udało się te wszystkie „granice” przekroczyć.

      Nie da się nauczyć kogoś bycia odważnym czy szalonym, takim po prostu trzeba być (chociażby w minimalnym stopniu).

    2. Tak więc właśnie. Ludzi nie namówisz do odważnych decyzji przez pod pretekstowe obrażanie ich pisząc, że np. nie zachowuję się ktoś wystarczająco męsko w związku. To nie motywuje.

      I faktycznie, jest to dość osobisty wpis, dlatego polecam pisać jakiś pamiętnik dla siebie a bloga poświecić dla zainteresowanej społeczności 🙂

      Pozdrawiam.

  2. Drogi anonimie, bloga czyta zainteresowana społeczność, przykro mi, że do niej nie należysz. Według mnie to bardzo trafny post. Sama pisząc większość postów często powołuję się na osobiste historie. Cóż za sens pisać nieosobiste wpisy? Większość informacji i suchych faktów można znaleźć w encyklopediach, słownikach, książkach… Tutaj właśnie chodzi o bazowanie na własnym doświadczeniu i pokazywanie ludziom, że można. Co do podróżowania z osobą inną niż partner… Dlaczego ma to być nie fair? Przecież każdy ma swoje hobby i przyjaciół, z którymi dzieli swoje zainteresowania. To tak jakby się miało współlokatora, tyle że dzieliło z nim namiot. Tyle ode mnie (:

    realizuj.blogspot.com

  3. Ludzie oczekują, że otrzymają w takich postach lekarstwo na ich własne lęki – zawodzą się, gdy ich nie dostają. Większość rad powstaje z autopsji, a poparte skrótem doświadczeń dla wielu wydają się „prawdziwsze”. Przemówią tylko do tych, którym zależy. Tym, którzy sądzą, że po przeczytaniu jednego postu zamienią się ze sceptyków, którzy mają niewiele do czynienia z marzeniami o podróżach, w miłośników, gratuluję wiary w magię. 😉
    Podoba mi się to, że rozumiesz rolę rodzica w całym tym zamieszaniu. Mimo trosk i strachu, na pewno w głębi serca mama jest dumna, że syn daje sobie radę w ekstremalnych (z jej punktu widzenia) warunkach. Widać też, że masz głowę na karku, nie porzucając studiów na rzecz realizacji marzeń. Fajnie, że pozostawiasz sobie jeszcze jedną furtkę na wypadek chęci stabilizacji w wieku dojrzalszym. Niektórzy są zbyt lekkomyślni, by brać pod uwagę przyszłość i inne marzenia, które się w niej mogą zrodzić.
    Odnośnie punktu drugiego mogę powiedzieć tylko, że jest to chyba najcięższa do przezwyciężenia bariera. Bardzo dyskusyjna kwestia, choć w większości zgadzam się z tym co napisałeś. Gdyby pokusić się o znalezienie złotego środka, to chyba jednym z najlepszych rozwiązań byłoby znalezienie sobie kogoś o podobnych zainteresowaniach lub kogoś kto akceptuje podróże z płcią przeciwną. Pytanie tylko, czy podróżujący ma na tyle oleju w głowie, by nie wdawać się w romanse ze swym podróżnikiem. 😀 Szczera rozmowa i zaufanie powinno wystarczyć.
    Co do pracy/ uczelni/ szkoły – tutaj nie zgodzę się z brakiem granicy jaką jest termin powrotu. Sądzę, że większość podróżuje w taki sposób w ramach rozrywki, a jednocześnie zależy im na pracy. Jednak mimo wszystko chciałby człowiek kiedyś mając to kilkadziesiąt lat, mieć chociażby tę skromną emeryturkę, gdy kości na podróże już nie pozwolą. Notoryczne spóźnienia pourlopowe zazwyczaj skutkują utratą pracy. 😛 Najrozsądniej chyba wziąć poprawkę na zdarzenia losowe, związane z samą naturą autostopu. Choć sądzę, że łatwiej jest to zrobić doświadczonemu podróżnikowi, który może wcześniej oszacować czas podróży i dodać ewentualne dni obsuwy.
    Ja sama jako drobna dziewuszka ledwo znająca angielski chyba nie puściłabym się sama w taką podróż, ale może z kimś bardziej doświadczonym – owszem. Czasem mam ochotę wyrwać się i pojechać hen daleko, gdzie mnie serce zaprowadzi, choćby i z duszą na ramieniu, bo jak na drobninkę przystało, wielki świat wydaje się jeszcze większy, a co duże i nieznane, to i trochę straszne zarazem. Tylko jakoś chętnych brak, a czas wolny obfituje w wiele innych zajęć. Kiedyś się skuszę, żeby choć zobaczyć, jak to jest, bo ciężko człowiekowi coś oceniać, gdy tego nigdy nie przeżył. 🙂

Śmiało, powiedz co o tym myślisz!