Yunnan – kraina herbatą płynąca

– Yifan, jaka legenda wiąże się z rytuałem picia zielonej herbaty? – zapytałem.
– Widzisz Michał, jak z pewnością wiesz, jesteś teraz w prowincji Yunnan, stolicy zielonej herbaty, i czego możesz nie wiedzieć, tytoniu. Te rośliny dają codziennie zatrudnienie milionom Chińczyków i obcokrajowców.
Obcokrajowców? – zapytałem dla pewności.
Tak. Nie zauważyłeś jeszcze, że każdy się patrzy na Ciebie jak na chodzącego dolara, na coś egzotycznego, coś z innego świata…
Po Tajlandii i Laosie nie zauważam takich różnic – pomyślałem.
Każdy chce sobie zrobić ze mną zdjęcie, ale nie traktuje tego, jako coś wyjątkowego, przyzwyczaiłem się – wymamrotałem.
Może to i lepiej dla Ciebie, ale wierz mi, będzie gorzej. Obcokrajowcy często są zatrudniani w ramach „maskotek” firmy. Prestiż jest określany na podstawie ilości zagranicznych kontraktów. Dla wielu Chińczyków nie ma znaczenia jednak papier, wolą widzieć „efekt”. Tym efektem jest na przykład John z Ameryki, czy Pierre z Francji, który zawsze jest obecny na spotkaniach rady zarządu. On nie musi nic mówić, najczęściej nawet nie zna na tyle chińskiego, by zabrać głos w dyskusji. On musi tylko wyglądać. Biały jest idealną wizytówką.
– Ok, ale jaki to ma związek z polami herbaty i tytoniu?
– John grał w reklamie produktu, Pierre witał prezesów konkurencyjnych firm w trakcie rozmów biznesowych. Jeżeli jesteś biały, to lepiej przyzwyczaj się do świateł reflektorów i blasku flashy. Może nie w stolicy prowincji, ale jak tylko pojedziesz do mniejszego miasta, to zobaczysz, że będziesz dla nich małpką w zoo –
wyjaśnił Yifan.
– Czyli mówisz, że dzięki kolorowi skóry mogę sobie zarobić?

Yifan odsunął krzesło, wstał i ponaglającym gestem zasugerował mi, że nie będzie długo czekał.
Chodź, to nie jest dobre miejsce na taką rozmowę. Najpierw pójdziemy coś zjeść, potem będzie czas na herbatę.
Najpierw coś dla ciała, potem coś dla duszy? – zapytałem prowokująco.
Yifan tylko się uśmiechnął. Przy wyjściu dało się jeszcze tylko słyszeć charakterystyczny brzdęk małego dzwoneczka zwieszonego przy drzwiach. Zatrzasnąłem drzwi i ruszyliśmy przed siebie.

 

Nie miałem kompletnie pomysłu na moją chińską trasę podróży, więc postanowiłem napisać otwartą wiadomość na couchsurfingu licząc na to, że ktoś mnie do siebie zaprosi i plan się sam ułoży. Nie przeliczyłem się. Pierwsze zaproszenie otrzymałem od Yifana, który mieszkał w stolicy prowincji Yunnan, Kunming. O samym regionie wiedziałem tylko tyle, że słynie ono z uprawy zielonej herbaty, a miasto było jednym z mniejszych – 3 miliony mieszkańców. O samym gospodarzu tylko tyle, ile sam mi wyznał w pierwszej wiadomości – ma dziewczynę z Łodzi. Jakie było moje zdziwienie, gdy przeczytałem „siema, wiesz na zdjęciu masz napis z miasta, gdzie mieszka moja dziewczyna to pomyślałem, że Cię zaproszę”. Moja wizyta okazała się strzałem w dziesiątkę.

Lubisz ostre jedzenie, Michał?
Zdążyłem się przyzwyczaić, że wszystko w Azji boli dwa razy i muszę brać dodatkową butelkę wody do popicia – odpowiedziałem wymijająco.
– Nauczę cię jeść pikantne potrawy, jeżeli nie lubisz – odparł z szaleńczym uśmiechem na ustach.
Nie powiedziałem, że nie lubię…

Polak jak poczuje coś ostrego, palącego w gardle to odruchowo chce to popić, jak wódkę, Chińczyk – zagryźć. To była myśl, która mi się narodziła po kolacji. Ale zanim doszedłem do takich wniosków, czekało mnie jeszcze kilka niespodzianek.

Pałeczki w ruch!

Na samym wstępie warto zaznaczyć, że już zastawa na stole znacząco różniła się od naszej. U nas przyjęło się, że każdy ma swój talerz, prawie na własność, i z niego spożywa posiłek. W Chinach natomiast zamawia się mnóstwo różnych przystawek, które są wspólne. Każdy może każdemu podjadać i nie jest to traktowane jako nietakt, a raczej jako swego rodzaju potwierdzenie, że jest się w bardzo dobrych i otwartych relacjach z drugą osobą.
Same potrawy – było ich dużo i były ostre. Bardzo. Pikantne kluski z mięsem, stinky tofu (śmierdząca, ale smaczna odmiana tofu), opiekane tofu z dodatkiem chilli i curry, surówka z bambusa, wodorostów i innej zieleniny oraz na deser kuleczki ryżowe obtoczone w brązowym cukrze i cynamonie. Deser, serwowany wraz ze wszystkimi innymi potrawami, a nie, jak u nas, na koniec posiłku, był tą cudowną metodą na zjedzenie pozostałych specjałów. Zagryzać, nie popijać!

I jak, smakuje Ci? – zapytał z przejęciem.
– Świetne! Palce lizać, to są regionalne potrawy? Każda prowincja ma własną kuchnię?
– Tak każda prowincja ma swoje „wizytówki”. Nasza (yunnańska) nie należy do najłagodniejszych, ale nie jest też najostrzejsza.
– A którą najbardziej lubisz?
– Jestem lokalnym patriotą, oczywiście, że swoją!
– prawie zerwał się z krzesła jak to mówił – Kompletnie inna i najłagodniejsza jest kuchnia tybetańska, powinna Ci smakować.
– To, co teraz herbatka? Jakąś polecasz?
– Każda pora jest dobra na herbatę, ale do herbaciarni pójdziemy jutro. Dzisiaj pokażę Ci jeszcze miasto nocą i pójdziemy do akademika.
– Jasne, nie ma sprawy! Jakaś impreza w akademiku?
– Nie, tam śpimy.

Chińskie akademiki o zaostrzonym rygorze

Widziałem w życiu wiele akademików. Niektóre o trzygwiazdkowym standardzie, niektóre pamiętające epickie imprezy pokolenia moich rodziców. Obraz chińskiego domu studenckiego pozostanie w mojej głowie na długo. Zacznę od podobieństw – nieporządek. Różnic będzie więcej. Nie ma czegoś takiego jak akademiki koedukacyjne – są osobne dla kobiet i osobne dla mężczyzn (chyba, że jest to para małżeńska, wtedy istnieje szansa na zdobycie odpowiedniego pozwolenia). Toalety są niczym z więzienia – każdy może podglądać sąsiada bez najmniejszych problemów. Kabiny są dziurawe, woda się spuszcza automatycznie, tzn. po napełnieniu całego ścieku odpowiednią wagą. Spartańskim warunkom nadaje smaczek fakt, że prysznice są w budynku obok. Aby z nich skorzystać, trzeba mieć specjalny żeton lub kartę studencką – trzeba rozsądnie dysponować środkami, bo czyścioszki szybko zbankrutują. Może skoro się za to oddzielnie płaci, to standard jest wyższy – pomyślałby kto. Otóż nie. Ustawione na planie krzyża kabiny, albo coś, co ma do tego miana aspirować, skutecznie przywodzą na myśl zakłady karne. Nad kąpiącymi się – instalacje kanalizacyjne, za użytkownikami – inny użytkownik czekający w kolejce. Posiadanie mydła w płynie jest wskazane.

W samym dormitorium śpi średnio 6 osób. Jest ono na tyle małe, że nie ma miejsca na szafę i każdy lokator śpi na swojej walizce. Całonocne imprezy? Zarywanie nocy, bo jutro egzamin? – niemożliwe. Punkt dwudziesta druga wyłączany jest prąd w całym budynku. Każdy student obok laptopa ma zatem świeczkę, by móc pracować póki ekranu nie zaleje czerń rozładowanej baterii. Po drugiej nocy spędzonej w takim miejscu nie wytrzymałem i zapytałem się mojego gospodarza:
– To zawsze tak jest, czy tylko na okres wakacji?
– Zawsze, ale człowiek może się przyzwyczaić.
– Nie „może” tylko „musi”… A co robicie w wolnych chwilach?
– Obok budynku mamy boisko. Wiesz, co jest narodowym sportem Chińczyków i w co wszyscy nasi rówieśnicy grają?
– Nie wiem. W Ping-ponga?
– Wy wszyscy myślicie, że żółtki to tylko do tenisa stołowego się nadają
– zaśmiał się Yifan. Każdy nastolatek chce zostać gwiazdą NBA. Choć pokażę Ci!

Poszliśmy. Pomimo mojego przeciętnego wzrostu i tak czułem się jak Maciek Gortat . Umiejętności nie będę komentował. Przełykając gorycz porażki miałem w głowie tylko jedną myśl – „jeżeli sądzisz, że jesteś w czymś dobry, to gdzieś tam w Chinach jest kilkuletnie dziecko, które robi to lepiej, szybciej i taniej niż Ty”.

Państwo Środka… od środka – ceremoniał parzenia herbaty

Rozsiedliśmy się wygodnie, z głośników płynęła spokojna melodia wygrywana na ghuzengu, w powietrzu unosił się aromat palonych kadzidełek. Zielona herbata parzyła się w filiżance.
– Yifan, to jak z tą legendą, opowiesz mi w końcu? – ponaglałem.
Ale jesteś niecierpliwy! Legend jest kilka, opowiem Ci te, które wydają się najciekawsze. Jesteś gotowy? – zapytał.
Przytaknąłem.
– To zaczynamy. Podobno trzy tysiące lat temu pewien cesarz odpoczywał w ogrodzie, kiedy do jego filiżanki wpadł z nieba liść herbaty. Władca z początku podchodził do znaleziska nieufnie, jednak aromat i smak napoju sprawiła, że kazał swoim sługom zasiać wszystkie pola cesarstwa magiczną rośliną. Jak się możesz domyślać, miała ona wtedy symbol boski – taki nektar boków. W końcu spadła z nieba, czyż nie?
– A wiesz gdzie to wszystko mogło mieć miejsce?
– Za kolebę herbacianego kultu uchodzi teren, który dzisiaj znajduje się w prowincji Syczuan, ale czy tak było naprawdę. To tylko legendy, Michał.
– Wiem… –
odparłem zawiedziony.
– Zauważyłeś ile filiżanek podali nam do zaparzenia tego napoju? Spójrz, jest nawet kilka różnych talerzyków. Wszystko ma uzasadnienie.
– Jak to? –
zapytałem. To nie chodzi tylko o wartości estetyczne? By białas się cieszył? – zażartowałem.
-Nie, nie… nic nie rozumiesz –
zaprzeczył. Inna legenda głosi, że sami bogowie zesłali nam w podarku herbatę. Dolny podstawek, na którym postawiłeś naczynie, symbolizuje Ziemię, to, co ludzkie – profanum. Górny, którym przykrywasz filiżankę, symbolizuje niebo i krainę bogów – sacrum. Pomiędzy nimi jest to, co łączy te dwa światy – herbata.
– To ma sens –
zaśmiałem się. A jak wygląda proces samego parzenia?
– Każde miasteczko ma swój sposób, a każdy region ma ulubiony gatunek. Są jednak fundamentalne zasady. Nie należy zalewać herbaty wrzątkiem, proporcje liści do wody powinny być odpowiednio zachowane, pierwsze zalanie koniecznie trzeba wylewać, herbata powinna się parzyć nie dłużej niż pięć minut… Mógłbym tak długo wymieniać –
wyjaśnił Yifan.
Wygląda na to, że proces przygotowywania napoju urósł do rangi sztuki.
– Dokładnie! Chociaż też nie do końca. Na samym początku herbata była traktowana jako magiczne, lecznicze ziele. Z czasem nabrała również wartości kulturowych. Wiesz, jest taka mądrość ludowa:
„Gdy przychodzi gość napij się z nim herbaty a pogłębi to uczucie przyjaźni;
gdy jesteś spragniony – napij się herbaty, a zwilży gardło i spowoduje wydzielanie śliny;
gdy jesteś zmęczony;  napij się herbaty, a rozluźni mięśnie i usunie zmęczenie;
gdy serce stroskane;  napij się herbaty, a ukoi serce i oczyści ducha;
gdy się przejadłeś; napij się herbaty, a przyspieszy trawienie i usunie tłuszcz”…

 

Zamyśliłem się. Za oknem deszcz miarowo uderzał w taflę stawu.
„Jutro jadę na północ. Szkoda – polubiłem go”.

 

One thought on “Yunnan – kraina herbatą płynąca”

Śmiało, powiedz co o tym myślisz!