Wiedeń po raz pierwszy

Darię poznałem rok temu na koncercie. W tym roku po raz pierwszy jechała autostopem i to całkiem daleko – do Portugalii. Plan zakładał, że spotkam się z nią i jej kompanem w Barcelonie, ale jak to z planami czasem bywa – spalił na panewce. Będąc na początku sierpnia na warsztatach muzycznych w Kołobrzegu, siedząc wieczorem i męcząc kolejny kubeczek herbaty, od słowa do słowa, doszliśmy do tego, że trzeba razem jechać gdzieś w trasę. Wycieczka do Wiednia? – czemu nie!

Żeby być bardzo dokładnym – stopowałem już z Darią z owych warsztatów z Kołobrzegu do Piły, a potem sam do Łodzi. Ta krótka podróż upewniła mnie jednak, że będzie dobrą kompanką.

Niedziela (1.09) przywitała nas pochmurnym niebem i opadami deszczu, po godzinie stania mieliśmy dosyć, a nawet nie udało nam się wyjechać z Łodzi. Cierpliwość okazała się jednak cnotą i po kolejnej godzinie zatrzymał się kierowca który zabrał nas 30 km – dobre i to. Kolejne minuty i złapaliśmy stopa do samych Katowic. Jazda się trochę dłużyła, po części, dlatego, że kierowca był wielbicielem tematów okołopolityczo-spiskowych a, ani ja, ani Daria, nie jesteśmy mocni w takich dysputach. Później szło już sprawnie, jednak niebezpiecznie – przed Rybnikiem zostaliśmy wysadzeni na środku drogi ekspresowej i już wyjmowałem aparat by porobić pamiątkowe zdjęcia kiedy Daria krzknęła ” chodź bo się busik zatrzymał”. Prowadził go młody chłopak, który podwiózł nas na samo przejście graniczne do Cieszyna. Po 2 godzinach pytania się kierowców, w którym kierunku jadą, poddaliśmy się, ponieważ każdy kolejny, prześcigał się z błyskotliwością odpowiedzi. Granicę przeszliśmy z buta mijając stopowiczów jadących do Pragi. Pomachaliśmy pożegnalnie Polsce i panom celnikom (nie mogli dojść do porozumienia czy zatrzymywać nas na przeszukanie czy nie) i zatrzymaliśmy się za rondem by próbować łapać osobówki w kierunku Brna. Nie sądziliśmy, że będziemy mieli takiego farta – zatrzymał się Pan, który jechał do pracy do Wiednia!! Trasę zaplanowaną na dwa dni zrobiliśmy w niecałe 12h. Z panem, którego imienia nie znam, rozstajemy się tuż przy stacji metra o której mówił nam nasz host – Christopher. Jak to zwykle bywa w duuużych miastach – nie mamy pojęcia w jakim kierunku mamy iść. Telefon do Christophera, kilka pytań do przechodniów, pamiątkowe zdjęcie i idziemy wzdłuż A-cośtam-straße do momentu kiedy uśmiechnięty dwudziestoparoletni młodzieniec wita nas głośnym ” You’ve made it!”. Chwilę później jesteśmy już u niego w mieszkaniu, a nie było ono takie zwyczajne – mieściło się ono na dachu jednego z bloków. Christopher zrobił dla nas swoją specjalność –  indyjskie danie własnego pomysłu. Był to mój pierwszy raz z orientalną kuchnią i muszę przyznać, że było to coś cudownego. Do takiego stopnia zdobył tym naszą przychylność, że wziąłem od niego przepis iz zamiarem samodzielnego ugotowania (edit. upichciłem i daleko mi do bycia kucharzem). Wieczór minął nam na piciu złotych, zarówno austriackich, jak i polskich trunków, rozmowach na tematy filmowe (Chris jest fanatykiem wschodnioeuropejskiego kina) oraz ustalaniu planu zwiedzania. Nasz host musiał iść następnego dnia do pracy, jednak z taką ilością wskazówek jaką nam udzielił, bez problemu mogliśmy sami zwiedzić to malownicze miasto. Grzecznie położyliśmy się spać i rano pełni wigoru wyruszyliśmy, PIESZO, na zwiedzanie Vienny. Już na samym początku spacerku dopisywał nam humorek. Być może to za sprawą plakatu wiszącego w jednym ze sklepów z AGD, a być może byliśmy po prostu nieświadomi tego jak duży odcinek drogi przyjdzie nam pokonać.

Zaczęliśmy od Prater, potem udaliśmy się w kierunku Stadparku i Karlsplatzu. Po drodze czekała nas niespodzianka. Idąc kolejną taką samą uliczką, zobaczyliśmy w oddali jakąś kopułę. Ciekawość zwyciężyła i postanowiliśmy zobaczyć, co leży pod nią. Dotarliśmy do pięknych ogrodów, labiryntów żywopłotów i dwóch pięknych pałacyków. Niewiele myśląc podchodzimy do ludzi i zadajemy najlepsze pytanie jakie mogliśmy zadać  „Excuse me, where are we?” Ludzie, po opanowaniu śmiechu wyjaśnili, tak na wszelki wypadek, że jesteśmy w Austrii, Wiedniu, a konkretnie w  Belvederegarten. Kolejnym przystankiem w naszej pieszej wędrówce było Museumsquartier, czyli kompleks muzealno-rekreacyjno-hipsterski. Na plakatach wyglądało to ekstra, ale w środku niczym nie zachęcało do kupienia biletów do któregokolwiek z muzeów – przereklamowane. Na szczęście naprzeciwko był całkiem ładny Ratusz oraz Maria-Theresien Platz. Zmęczeni postanowiliśmy spędzić chwilkę w pobliskim parku w którym była piękna motylarnia i tłumy młodzieży leżącej na trawie i odpoczywającej po całym dniu. Brakuje mi takiego widoku w Polsce. U nas z pewnością większość z tych osób poszłaby na piwo w bramę, ew. do pubu, a tam – pełna kultura, bez alkoholu, bez zmartwień, każdy żyje własnym tempem. Następnie udaliśmy się na obiadek do lokalnego McDonalda, pozwiedzaliśmy coś co można określić mianem „Piotrkowskiej” – stara uliczka z dużą ilością sklepów z pamiątkami, bardzo zatłoczona przez turystów. Na sam koniec zwiedzania udzielił nam się panujący tam klimat i poszliśmy na kawę do jednej z wiedeńskich kawiarenek. Nie była to jednak burżujska kawiarnia, a coś na wzór cukierni, w której można było skosztować słodkości i wypić „małą czarną”.

Wieczorem wróciliśmy do Christophera. On już czekał na nas z kolejnymi pomysłami na wieczór. Mieliśmy zrobić tę trasę raz jeszcze, metrem, ale z przyczyn od nas niezależnych – padało, poszliśmy jedynie do ratusza. Niestety, światło i warunki sprawiły, że zdjęcia są marnej jakości. Wspomnienia mimo wszystko pozostaną. Po powrocie, host nas uraczył jajecznicą z cukinią (mi wystarczyło przygód, Daria jednak się zajadała, aż jej się uszy trzęsły), a następnie zagraliśmy rewanżowe partie w Osadników. Hitchwiki padło, a my nie wiedzieliśmy jak się wydostać z Wiednia. O wyjeżdżaniu z tego miasta krążyły legendy. Niejednokrotnie słyszałem opowieści o kilkugodzinnym łapaniu bez większych efektów. My mieliśmy jednak szczęście, ponieważ „koledzy po fachu” szybko nas poinstruowali jakim metrem dostać się na wylotówkę w kierunku Brna. Ostatni uścisk dłoni z Chrisem i wyruszamy. Po dotarciu na ostatnią stację, godzinnym spacerze, przejechaniu kilku przystanków tramwajem, udaje nam się odstać na idealne miejsce. Już po godzinie widzimy kolejnego autostopowicza z Polski próbującego wydostać się z miasta. Zaczął się wyścig z czasem. Kolega miał więcej szczęścia i odjechał pięknym granatowym Subaru, a my staliśmy dalej. Po kolejnej godzinie stania mieliśmy dosyć. Austriacy patrzyli na nas z taką pogardą, taką nienawiścią, że miało się ochotę krzyknąć do jednego z nich” o co Ci człowieku chodzi?!”. Nigdy do tej pory nie spotkałem się z taką niechęcią wobec drugiego człowieka, tym bardziej, jeżeli jest to młoda osoba, próbująca dostać się do swojego kraju. Sfrustrowani zmieniliśmy taktykę. Zamiast łapać jak każdy autostopowicz na karteczkę z nazwą miejscowości, postanowiliśmy napisać coś zupełnie innego – „do domu”.

Opłaciło się. Po chwili zatrzymuje się pani Basia i tak nam rzecze: ” Do domu? To was wezmę”. Po przepakowaniu samochodu jedziemy z panią do samego Rybnika. Pani była gadułą, i dobrze. Godoło nam się miło i pomimo tego, że zaciągała śląską gwarą, bez problemu i z wielką przyjemnością przegadałem z nią ponad 3 godziny jazdy. Z Rybnika do Katowic, a tam… zastała nas noc. Nie mieliśmy ani noclegu, ani miejsca na rozbicie namiotu. Z pomocą przyszedł nam Michał Piec, który po przeczytaniu posta na autostopowej grupie zaproponował nam użyczenie podłogi w… Piekarach Śląskich. Jako, że nasza znajomość Okręgu jest bliska zeru, spytaliśmy się młodego chłopaka jak się tam dostać. On nam na to „prościej będzie mi Was zawieść na miejsce niż Wam wytłumaczyć jak się tam dostać”. Michał okazał się równym gościem. Przy akompaniamencie opowieści autostopowych i nie tylko, spędzamy miło wieczór. Rano zostajemy poinstruowani jak się dostać na wylotówkę w stronę Poznania. Niestety, szczęście się skończyło i po dłuuugim czasie rezygnujemy z dostania się tam i obieramy azymut na Łódź. Tutaj – nie wiele lepiej, ale ostatecznie, po wielu godzinach stania, nastu kilometrach spaceru, przez Kluczbork, Wieluń, Łask docieramy do Poddębic gdzie zmęczeni i wyczerpani bierzemy busa i jedziemy do Łodzi.

Standardowo podziękowania:

Dla wszystkich którzy przyczynili się do tego, że udało nam się bezpiecznie dojechać i wrócić, a w szczególności dla:

Christophera za hostowanie nas w Wiedniu
Michała Piec za udostępnienie kanapy i miło spędzony wieczór i poranek Pani Basi za to, że okazała się Kobietą, a nie Babą. Oczywiście chciałbym jeszcze podziękować Darii za przemiłe towarzystwo, murkowe rozmowy w Wiedniu, za to, że wnosiła uśmiech tam, gdzie mi brakowało już sił i ochoty. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz spotkamy się w trasie.

Polecam: Blog Darii 



Śmiało, powiedz co o tym myślisz!