Śladem…

Wdech, wydech, wdech… Para rytmicznie wydobywała się z nosa, za każdym razem, gdy wypuszczałem powietrzę. Nieśmiało wyciągnąłem rękę ze śpiwora i pożałowałem. Zimno. Najchętniej przekręciłbym się na drugi bok i poszedł dalej spać, ale słońce świeciło już w najlepsze, więc o spaniu mogłem tylko pomarzyć. Nie było rady, trzeba było wstać.

Postanowiliśmy się rozgrzać, więc ociężałe, leniwe ruchy przy składaniu namiotu, zamieniliśmy na energiczne upychanie wszystkiego do plecaka. Po kilkudziesięciu minutach marszu byliśmy już na drodze. Łapanie było wyjątkowo nudne, a samochody było widać na długo przed tym, nim one widziały nas. Do takiego stopnia szukaliśmy zajęcia, że zaczęliśmy zaglądać za każdy znak, kamień, cokolwiek, z nadzieją znalezienia elfów. Pod jedną ze skał znaleźliśmy islandzkie korony. Nie wiedzieliśmy skąd się wzięły, kto je tam położył i czemu miały służyć. Nie było również nikogo, kogo można by się spytać, czy można je pożyczyć. Te wszystkie niewiadome sprawiły, że przygarnęliśmy tylko tyle, ile potrzebowaliśmy na kupno chleba (do tej pory nie wymieniliśmy pieniędzy). Jeżeli ktoś mi dzisiaj powie, że pieniądze nie rosną na drzewach, to śmiało mu przyznam rację i dodam, że można je znaleźć pod kamieniem.

Godziny dłużyły się niemiłosiernie i dopiero, gdy policzki przybrały kolor obranej marchewki, a palców u rąk już kompletnie nie czułem, zatrzymał się samochód. Pani podrzuciła nas raptem 20km, ale lepsze to niż nic. Drugą podwózkę tego dnia złapaliśmy prawie od razu – trójka kumpli mniej więcej w naszym wieku. Wtedy nie byłem tego świadomy, ale to był moment, w którym mogłem zobaczyć wszystkich przedstawicieli trendów mody męskiej panującej na Islandii. Pierwszy – „Islandczyk wiking” – długie włosy, długa broda, im groźniej tym lepiej; drugi – „Islandczyk hipster” – włosy na zero, długa broda, na nogach obowiązkowo rurki; trzeci – „Islandczyk gej” – włosy na zero, bez zarostu, im więcej kolorów na paznokciach tym lepiej. Jeżeli ktoś nie wpisuje się do jednej z tych grup, to z pewnością jest turystą.

Zostajemy podrzuceni do głównej drogi – A1, nazywanej również autostradą (jednopasmową), która okrąża całą wyspę. Autostop na Islandii jest cudowny, tak długo jak trzyma się głównej trasy. Jeżeli ktoś chce pojechać w głąb wyspy, czy rejony rzadziej uczęszczane przez turystów, powinien wziąć cały plecak ciepłych ciuchów i duży zapas melisy na ukojenie zszarganych nerwów.

 

… Waltera Mitty

Następnym kierowcą był Francuz, samotnie przemierzający wyspę. Rozmawiało się z nim miło do takiego stopnia, że zaoferował nam kilkudniową taksówkę. Odmówiliśmy. Nie chcieliśmy być przywiązani do jednej osoby, z którą trzeba by było jechać tam gdzie ona chce. W miłej atmosferze rozstaliśmy się pod jednym ze sklepów na przedmieściach Borgarnes. Okolica wydawała mi się znajoma, wiedziałem, że gdzieś już widziałem ten sklep, a przecież byłem w tym miejscu po raz pierwszy. „Sekretne Życie Waltera Mitty” – zapaliła się w głowie lampka. Charakterystyczna czarna góra na horyzoncie, stacja benzynowa za plecami, tylko kawiarnia „Papa Jones” zmieniła szyld. Podobno do dzisiaj serwują tam kanapki, które jadł tytułowy bohater filmu.

Emilia długo nie wracała z zakupów. „Bonus” – oaza ciepła, promocji, darmowej kawy i miejsce, do którego przez resztę pobytu na wyspie regularnie odbywaliśmy pielgrzymki. Jest to również jedno z niewielu miejsc gdzie można znaleźć polskie napisy. Przykre, że jedyne, co można przeczytać w ojczystym języku to „palenie wzbronione” „obiekt monitorowany” „kradzież jest przestępstwem”.
Za znalezione korony towarzyszka kupiła nam bochenek chleba oraz naturalny Skyr. O Skyrze naczytałem się dużo przed wyprawą. Spodziewałem się, że moje kubki smakowe odżyją na nowo, będą wniebowzięte. Rozczarowałem się, a wraz ze mną, one. W konsystencji Skyr przypomina jogurt, choć lepiej tego porównania unikać, bo Islandczycy się za nie obrażają – „Skyr is not a yoghurt! Skyr is Skyr”. Walory smakowe są również dalekie do ideału – przesolone, kwaśne coś o dość gęstej konsystencji. Na szczęście, owocowe odpowiedniki są o wiele smaczniejsze, bardziej „Danonkowate”, ale by się o tym przekonać musiałem poczekać kilka dni.

Po naładowaniu telefonów w pobliskiej informacji turystycznej i wymianie uprzejmości z Markiem, Polakiem podróżującym autostopem po Islandii od 6 tygodni, udaliśmy się w dalszą drogę.

… Juliusza Verne

Minęły cztery godziny, a my ciągle staliśmy w tym samym miejscu. Dobrze, że nie wiało i słońce miło grzało w plecy. Z opresji uratowała nas francuska para. Tuż po zapakowaniu bagaży zostajemy poczęstowani najlepszym łakociem z całej wyprawy – cynamonowymi landrynkami. Rozpływały się w ustach!

Nie wiedzieliśmy jak długo będziemy podróżować z naszymi nowymi znajomymi. Oni chcieli znaleźć czynne gorące źródła, my – dojechać jak najdalej się da. Szczęśliwie się dla nas złożyło, że każdy geotermalny basen był już zamknięty i ostatnią deską ratunku dla Francuzów miał być Budir. Jest to mała, nawet jak na islandzkie warunki, rybacka osada z pięknym kościółkiem z XVIII wieku. Miejsce jest na tyle charakterystyczne, że są do niego organizowane wycieczki z Chin, by młode pary mogły w nim wziąć ślub. Co więcej, jest to miejsce również popularne wśród osób homoseksualnych. Organizacja Pink Iceland szczyci się tym, że osoby tej samej płci mogą tam stanąć przed ołtarzem, a potem udać się do wioski na ceremonie weselną. Sam budynek jest w całości wykonany z drewna, usytuowany na małym wzgórzu i wspaniale prezentuje się na tle lodowca Snaefellsjokull. Jest to ten sam lodowiec, w którym, wedle tego, co pisze Juliusz Verne w „Podróży do wnętrza Ziemi”, znajduje się tytułowy pasaż prowadzący do centrum naszej planety. Niestety, chmury były na tyle gęste, że zobaczyliśmy tylko mały fragment góry. Francuzi byli również niepocieszeni – wszystkie atrakcje zamknięte. Ze smutkiem na twarzy pojechaliśmy z nimi do Olafsvik. Trasa wiodła malowniczą drogą, na zamianę przez doliny i wzgórza. Dookoła nas rozpościerał się widok na góry, o które leniwie ocierały się chmury, a wszystko skąpane w złotych barwach zachodzącego słońca – coś pięknego.  Na miejscu, po raz pierwszy i ostatni, poszliśmy na camping. Miał być darmowy. Nie był, ale o tym, w bardzo drastyczny sposób, mieliśmy się przekonać dopiero następnego dnia. Przed pójściem spać przekonaliśmy się jeszcze, że aby osada na Islandii zyskała prawa miejskie wystarczy, by posiadała skrzyżowanie, punkt informacji turystycznej i stacje benzynową – tylko, albo aż, tyle miało to miejsce nam do zaoferowania. Z drugiej strony, kto leci tak daleko by podziwiać miasta. Zimnym prysznicem zakończyliśmy drugi dzień naszej przygody.

Śmiało, powiedz co o tym myślisz!