Polska gościnność na Islandii

Nie wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić. Pogoda była pod psem, humory też nie dopisywały, a na dodatek Emilia była przeziębiona. Postanowiliśmy zatrzymać się na chwilę w stolicy. Pół dnia próbowaliśmy się do niej dostać, a kolejne pół błąkaliśmy się bez celu. Zwyciężyło lenistwo i nic-mi-się-nie-chcizm. Nocleg, po wielu perypetriach (wliczając w to telefony do księży, couchsurfing i pomoc egipcjanina, właściciela jednej z najlepszych pizzeri na wyspie), spędziliśmy w pobliżu lotniska obsługującego loty krajowe na jednej z polanek. Kolejny dzień był równie przygnębiający. Trzeba było jednak się dostać na lotnisko międzynarodowe, by odebrać naszą koleżankę Asię. W ekspresowym tempie dojechaliśmy do Keflaviku, gdzie, po odnalezieniu przyjemnej wnęki, rozbiliśmy obóz. Poczuliśmy się prawie jak w domu: zamiast łóżka – karimata, książka zgrana na czytnik, a obiad w postaci kaszy kus-kus z fasolką. Trzeba było odzyskać siły i motywację. Dodatkową rozrywkę zapewniali zagubieni pasażerowie. Szczególnie w pamięci utkwiła mi chińska wycieczka, która kręciła się jak stado kur szukających pożywienia; a gdy kogut (najbardziej rozgarnięty chiński turysta), znalazł jakieś złote jajo (w tym przypadku maskotkę maskonura), kokoszki ślepo podążały za swym mężczyzną porzucając dotychczasowe robienie zdjęć wszystkiemu dookoła.

Asia przyleciała późno. Po wymianie uścisków poszliśmy na drogę. Nie sądziłem, że uda się złapać cokolwiek o tej godzinie i to jeszcze w trzy osoby. Poszło nawet sprawniej niż za dnia – po chwili zatrzymał się busik. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak komuś ściemniałem. Mówiłem coś o zamkniętym kantorze, powrotu do przyjaciela do Reykjaviku, chłodzie, mrozie i niebieskich migdałach. Poskutkowało. Kierowca zgodził się nas zabrać do miasta.

Couchsurfing na Islandii nie działa. Przed wyprawą wysłałem tyle zapytań o nocleg, że powinni mnie zablokować za spam. Tę noc chcieliśmy jednak spędzić w domu. Dzięki uprzejmości ludzi, zupełnie nam obcych, udało nam się dostać numer do Kuby, który zgodził się nas przenocować.
„Dworzec autobusowy Hlemmur – niech tam Was wysadzi” – taką informację dostałem od naszego gospodarza. Przekazałem wszystko naszemu kierowcy, jednak ten, chyba przez to moje kręcenie, by zrobić nam na złość, wysadził nas na innym dworcu. Po kilkudziesięciu minutach marszu dotarliśmy do Kuby. Tego wieczoru wszyscy byli zmęczeni, więc nie siedzieliśmy za długo – na drugi dzień mieliśmy w planach dokładne zwiedzanie miasta.

Reykjavik – Europejska stolica hot-dogów i masonerii

Dawno się tak nie wyspaliśmy. W trakcie śniadania poznaliśmy jeszcze dwójkę gospodarzy – Anię i Bartka. Całą ekipa tworzyła zgraną grupę, która postanowiła wywrócić swoje życie do góry nogami i spróbować swoich sił na Islandii. W samym Reykjaviku jest tyle muzeów, że ciężko jest się zdecydować na jakieś konkretne; od takich poważnych jak Muzeum Narodowe, po przez mniej poważne – Muzeum Dzikich Reniferów, na takich kompletnie dziwnych skończywszy – Falliczne Muzeum. Zostałem przegłosowany i całą grupą poszliśmy do tego ostatniego. Przynajmniej wiedziałem, czego się spodziewać. Można w nim było podziwiać falliczne kształty wszystkich organizmów występujących na Islandii. Co więcej, był też falliczny Elvis Presley, falliczny Darth Vader, a nawet falliczna pozytywka.

Kolejnym obiektem, który chcieliśmy zobaczyć był kościół Hallgrímskirkja, określany przez Polaków mianem „rakiety”. Jest to największy obiekt na Islandii wybudowany przez człowieka. Na szczycie wieży jest punkt widokowy, a organy znajdujące się we wnętrzu budynku, co tydzień grzmią koncertowe utwory. Dodatkowo, dzięki swej budowie i wysokości, kościół jest idealnym punktem orientacyjnym dla turystów.

Dalej – ratusz, którym urzekł nas wielką makietą całej wyspy znajdującą się tuż przy wejściu do obiektu. W drodze do Harp (Filharmonii Islandzkiej), trzeba było jeszcze obowiązkowo spróbować, podobno, najlepszych na całym świecie hot-dogów (isl. „Pylsur”). Nie wiem, co jest w nich wyjątkowego. Być może po prostu nie jestem koneserem parówek w bułce i nie doceniłem walorów smakowych produktu.

Na Islandii panuje trend, na wykonywanie rzeźb kompletnie bez przekazu. W całej stolicy znajdują się dziesiątki pomników przedstawiających zwykłych obywateli, ludzi z kamieniem zamiast głowy, samotne żeliwne walizki i inne dziwne przedmioty niewiadomego przeznaczenia.

Generalnie można odnieść wrażenie, że Islandczycy są bardzo ekscentryczni. Nie przejmują się zupełnie tym, co na siebie założą i wychodzą z domów w fartuchach, ubierają betonowe słupki w plecione wzorki, by nie było im zimno, a największe centrum handlowe wygląda, z lotu ptaka, jak niezaspokojona fantazja architektki. Jeżeli się wie gdzie szukać, można nawet odnaleźć dom zbudowany ze złomu.

Masoneria nawet nie ukrywa swej obecności na wyspie i wolnomularze ochoczo malują symbole na swych domach. Nie szukałem tych znaków, one są widoczne gołym okiem. Z pewnością jest więcej przesłanek o ich obecności na wyspie. Warto jeszcze zaznaczyć, że odsetek masonerii na Islandii, uwzględniając gęstość zaludnienia, jest największy na Świecie.

Wieczorem, jakby było nam mało, oglądaliśmy Islandzkiego „Wróżbitę Macieja” i jakąś religijną debatę. Szkoda, że nie rozumiałem co mówili. Być może dowiedziałbym się, że za kilka dni przebudzi się jeden z największych wulkanów na Islandii.

Śmiało, powiedz co o tym myślisz!