Powrót do przeszłości – w królestwie Ayutthaya

W Tajlandii, oprócz mnóstwa straganów, tuk-tuków, ulicznych knajpek i watów, znajduje się wiele ruin królestwa, z którego narodziło się dzisiejsze państwo. Po tym jak spędziliśmy popołudnie w „małpim gaju”, postanowiliśmy odwiedzić jedne z nich. Na pierwszy ogień poszło najbardziej turystyczne, ale również największe zachowane miasto – Ayutthaya. W latach 1351 – 1767 królestwo Ayutthaya było jednym z najważniejszych miejsc Azji południowo-wschodniej. Wszystko za sprawą szlaków handlowych, które łączyły Japonię, Indię oraz Persję z krajami Europejskimi (głównie Francję oraz Hiszpanię). Dzisiaj, architektura miasta łączy w sobie nowoczesne budynki (na tyle na ile mogą one być) z historycznymi, khmerskimi obiektami. W większości są to obiekty sakralne, jednak można im również przypisywać funkcje administracyjne, a nawet obronne.

Nie chcieliśmy z Adamem tracić czasu na zobaczenie wszystkiego z perspektywy pieszego, więc wypożyczyliśmy rowery. Była to nie lada przygoda, ponieważ ruch w Tajlandii jest lewostronny, a na drodze panuje prawo dżungli – kto się czuje pewniej i ma większą polisę ubezpieczeniową, ten ma pierwszeństwo. Co ciekawe, po ulicach, oprócz pojazdów kołowych, do ruchu dopuszczone są również słonie. W prawdzie mogą poruszać się tylko po wyznaczonych trasach i jest to typowa atrakcja dla bogatego Niemca, ale i tak niesamowite wrażenie robi wymijający człowieka jak gdyby nigdy nic kilkutonowy olbrzym.

 Powrotów ciąg dalszy – Sukhotai

Z jednej strony widzieliśmy już kilka ruin, czy jak kto woli kupy kamieniu z posągami buddy wplecionymi w krajobraz, ale ciągle nie mieliśmy dosyć. Do Sukhotai pojechaliśmy na dwa stopy. Miasto to było pierwszą stolicą Siamu założoną na początku XIII wieku. Pierwszy alfabet, który dał początki dzisiejszemu, został wymyślony właśnie w tym miejscu. Ponad to, został tam oficjalnie przyjęty ustrój monarchistyczny z drobną różnicą względem europejskich pierwowzorów – król był traktowany z takim samym szacunkiem jak bóstwa i był stawiany na tym samym szczebelku.

Pomimo tego, że bilet wstępu na teren świątyń był dosyć drogi, był zdecydowanie warty swej ceny. Dżungla na siłę wdzierająca się w obiekty, korzenie otaczające posągi niczym macki, kilka akwenów wodnych przy których można odpocząć, to tylko nieliczne z argumentów, dla których to miejsca można określać mianem magicznego. Spędziliśmy tam dobre kilka godzin i aż żal było je opuszczać. Nie mniej, Adama gonił czas, więc postanowiliśmy się wolnym krokiem kierować w stronę Laosu.

 

 

Śmiało, powiedz co o tym myślisz!