Budda z Leshan

Z Kunming udałem się na północ, w stronę kolejnej z prowincji, Syczuanu. Z perspektywy czasu żałuję, że nie zostałem dłużej w tej części Chin. Była ona jedną z najbardziej malowniczych, zielonych i przyjaznych prowincji w jakich dane mi było postawić swoją nogę.

Widziałem jak ciężko idzie mi komunikacja z Chińczykami. W pewnym momencie byłem już tak zły na swoją niewiedzę, ich nieznajomość języka i brak jakiejkolwiek wyobraźni, że przestałem starać się z nimi dogadać. Doszedłem do wniosku, że rozmowa z nimi po angielsku czy po polsku odniesie taki sam skutek – prędzej czy później trzeba będzie wyjąć kartkę papieru, markera i zacząć się bawić w niespełnionego artystę-malarza. Na moje szczęście w kalambury jestem dość dobry; Chińczycy – niekoniecznie.
Wiedząc to wszystko postanowiłem maksymalnie uprościć sobie życie. Zamiast koślawo stawiać krzaczki (czy jak kto woli znaczki), starać się pisać w pinyin’e (najpopularniejsza transkrypcja języka chińskiego ze znaków na alfabet łaciński) przeszedłem na stuprocentowe pismo obrazkowe… zapisywane na karcie pamięci mojego telefonu. Ściągnięcie konkretnych zdjęć miejsc, które chciałem zobaczyć było strzałem w dziesiątkę. Żaden z kierowców nie musiał się zastanawiać, o co mi chodzi, gdzie chcę jechać i gdzie powinien mnie wysadzić, bym dojechał do celu. Od tamtej pory miałem przygotowany specjalny folder w telefonie na kolejne dni podróży.

O Buddzie z Leshan przeczytałem na jednym z blogów podróżniczych. Zrobił na mnie tak ogromne wrażenie, że znalazł się on na mojej liście miejsc, które koniecznie muszę odwiedzić. „Ogromne wrażenie” jest idealnym sformułowaniem. 乐山大佛 (czyli rzeczony budda) jest największym na świecie pomnikiem tego jegomościa mierzącym 71 metrów wysokości, a na dodatek, wedle tego, co mówi legenda, zapobiegł zalaniu pobliskiego miasta. Pozwolę sobie przytoczyć tę legendę:

Dawno dawno, temu, a przynajmniej tak dawno, że tego Buddy nie było jeszcze na świecie, miasto Leshan było regularnie zalewane przez pobliskie rozlewisko rzeczne. Ponad to, głębokie dno rozlewiska generowało niekorzystne dla rybaków prądy morskie, które spowodowały śmierć wielu chińskich istnień. Pewnego dnia największy z mędrców miasta doznał objawienia. Jeżeli tylko mieszkańcom uda wybudować się największy, najbardziej majestatyczny i najtrwalszy posąg buddy, powodzie ustaną. Po takim przekazie nie pozostało nic innego jak chwycić za narzędzia i przystąpić do pracy. Po 90 latach od rozpoczęcia robót, udało się skończyć coś, co dzisiaj góruje nad całym miastem – Budda z Leshan. W trakcie prac, ilość kamienia, która została wrzucona do rzeki, pozwoliła na zasypanie dna rozlewiska, zmiany koryta rzeki, co w efekcie zaowocowało spokojem mieszkańców (brak powodzi) oraz rybaków (brak niebezpiecznych prądów i wirów wodnych).

Sam posąg jest częścią dużego kompleksu świątynnego, do którego dostęp mają również turyści. Jeżeli chodzi o turystykę – w Chinach wszystkie opłaty za wejścia do przybytków kultury są niebotycznie drogie (bilet normalny ok. 100 juanów = 60zł). Stwierdziłem, że skoro Chińczycy nie umieją mówić po angielsku, mało kto wie cokolwiek o Polsce, to tym bardziej nie wiedzą jak powinna wyglądać polska/europejska legitymacja studencka. Ja studentem nie byłem od kilku miesięcy i swoją legalną, ważną, plastikową kartę musiałem zdać przy odbieraniu dyplomu. Miałem jednak ubezpieczenie – kartę „Euro26” na której było napisane wielkimi literami „Euro” oraz „Student”. To wystarczyło, bym mógł do wszystkich Parków Narodowych oraz muzeów wchodzić ze zniżką 50%.

 

Jak przeżyć w kilkumilionowym mieście – Chengdu

To była ciężka lekcja. Do Chengdu dojechałem z jakimś biznesmenem, jego ochroniarzem, kierowcą i sekretarką. Z początku Pan Ważny, trzymał do mnie dystans i starał się unikać kontaktu wzrokowego, pod koniec podróży – były uściski, wymiana adresów mailowych i doba hostelowa dla przyjaciela-polaka na koszt firmy. Z Tomkiem byłem umówiony dopiero na następny dzień, więc hojność mojego kierowcy była mi bardzo na rękę. Pojawił się jednak pewien problem – do miasta wjechałem jednym z trzech „ringów” (obwodnic), nie do końca wiedziałem z której strony, w której części miasta wylądowałem, a wszystko dookoła wyglądało dokładnie tak samo.

Zawsze narzekałem na mój telefon, Chińczycy wytykali go palcami i śmiali się do rozpuku ilekroć wyjmowałem go z kieszeni, ale ten jeden raz okazał się moim zbawicielem. Przezornie oznaczyłem adres mojego hostelu na mapce i poszedłem na nocne zwiedzanie dwunastomilionowego miasta. Po kilku godzinach błądzenia po takich samych, gdzieniegdzie ciemnych, momentami przejaskrawionych ledowymi reklamami uliczkach, nie wiedziałem jak się nazywam i dokąd zmierzam… „Quo Vadis, Michale, quo vadis?”. Niestety, nazwy ulic na moim GPSie były napisane tylko w transkrypcji na alfabet łaciński, dzielnica w której się znajdowałem – miała bardzo chińskie tabliczki, bez transkrypcji dla niekumatych turystów. Z planowanego krótkiego spaceru zrobiła się ekspedycja na 5 godzin. Nieopisana była moja radość, kiedy w końcu opadłem ze zmęczenia na moje łóżko. Złoty przepis jak się odnaleźć, gdy nie wiadomo co i jak? Wziąć monetę i na każdym skrzyżowaniu losować kierunek w którym powinno się dalej podążać. U mnie ta metoda zadziałała.

„Tomek z Chengdu”

Ten kto czytał książkę autostopowego celebryty, Przemka Skokowskiego, mógł już spotkać się z postacią Tomka w jednym z rozdziałów jego dzieła. Ja go poznałem dzięki uprzejmości Adama, który skontaktował nas ze sobą jak jeszcze byliśmy w Laosie. Po całym tygodniu słuchania chińskiego, możliwość porozmawiania z rówieśnikiem w ojczystym języku była spełnieniem marzeń. W ogóle nad Tomkiem ciąży klątwa. Każda osoba, którą znam i chciała się u niego zatrzymać u niego na kilka dni, chwiejnym krokiem, bardziej przez rozsądek niż z przymusu, opuszczała jego mieszkanie po tygodniu. To samo spotkało mnie. Było wszystko – zwiedzanie miasta, karaoke z chińczykami, salony gier, Syczuańskie opery, bajdzioł (chińska czysta, ryżowa wódka), dzińdzioł (inna wódka, rdzawego koloru) i mnóstwo regionalnego wybornego jedzenia… więcej grzechów nie pamiętam. Ale może po kolei:

Opera Syczuańska

Nie byłem do końca przekonany do tego pomysłu. „Ja i opera – no chyba żart” – myślałem. Postanowiłem jednak zdać się na mojego gospodarza. Było fenomenalnie! Najpierw był taniec i akrobacje ze specjalnym czajnikiem do zaparzania herbaty, później było nam dane usłyszeć skąd się wziął kult zielonej herbaty, o którym pisałem wcześniej (klik!). Wisienką na torcie był fragment dotyczący zmiany twarzy. Aktor ubrany w aksamitne szaty w fenomenalnym tempie zmieniał maski, które symbolizowały różne osobowości, postacie związane z chińskimi wierzeniami. Dopiero na materiale wideo byłem w stanie zauważyć moment, w którym jednym ruchem ręki zakłada/zdejmuje kolejną maskę. Być może nie brzmi to ekscytująco, ale jeżeli weźmiemy pod uwagę, że tych masek było co najmniej kilkanaście, robi się fenomenalne widowisko.

Majteczki w (chińskie) kropeczki

Chińczycy spędzają wolne wieczory na trzy sposoby – albo śpiewają, albo próbują tańczyć, albo biorą kumpla do salonu gier i relaksują się przed ekranem telewizora grając w gry wideo. Mi się udało spróbować wszystkich form rozrywki. O ile nie ma co się rozwodzić nad tematem salonów gier, których jest mnóstwo, o tyle taniec i karaoke zasługują na oddzielny akapit. Chińczyk zaśpiewa w każdym stanie świadomości. Może nie być w stanie utrzymać się na nogach, może odpoczywać w pozycji bezpiecznej ustalonej, ale i tak przyjaciele mają gwarancje usłyszenia ulubionego utworu diso-polo swojego kolegi . Jeżeli chodzi o muzykę, która u nas gości w remizach i marnej jakości klubach – w Chinach jest hitem. Zespół Bayer Full idealnie wstrzelił się w tamtejsze kanony szeroko rozumianej muzyki popularnej. Poza nim można usłyszeć wiele innych polskich przebojów – „Mój przyjacielu” Krzysztofa Krawczyka to tyko jeden z przykładów. Same dyskoteki – są śmieszne i nie mogłem uwierzyć w to co widzę. Rzadko można zauważyć pary. Prędzej zobaczymy parę fluorescencyjnych, gumowych pałek w rękach uczestników, którymi machają pod sufitem, niż osoby trzymające się za ręce. Jeżeli jednak już się zdarzy, że ktoś naoglądał się „Dirty Dancing” czy innych filmów ze zmysłowym tańcem w roli głównej, to próby odtworzenia poszczególnych figur na parkiecie mają niewiele wspólnego ze zmysłowością i są dalekie od ideału. Nie mniej, z mojego punktu widzenia – komedia jakich mało i szczerze polecam choć raz w życiu wizytę w chińskim klubie. By nie być gołosłownym:

6 thoughts on “Na tropie wielkiego Buddy, jak przetrwać w chińskim mieście”

  1. W Chinach nigdy nie byłam, ale o wątpliwych gustach muzycznych słyszałam:)
    Tak czy inaczej gratuluję giętkiego języka, świetnie napisane, opowiedziane!

  2. Budda z Leshan jest w sumie dość znanym przedstawieniem tego boga, bo skoro ja, nie interesująca się zbytnio Azją, nie dość, że o nim słyszałam, to jeszcze nawet widziałam kiedyś jakieś zdjęcia i filmy stamtąd.
    A co do Disco Polo, mnie się zdarzyło go słuchać w Albanii, ale po polsku, gdyż z racji dużej ilości Polaków spędzających tam swoje wakacje, organizowane są dyskoteki z naszą rodzimą muzyką.

  3. Zawsze powtarzałem, że mam ciało jak bóg – szkoda tylko że jak Budda 😀

    A co do BayerFullu i innych polskich przebojów to swego czasu w naszym przemyśle muzycznym krążyła opinia, że lepiej nie zlecać tłoczenia krążków w Chinach bo można nieświadomie wielokrotnie zwiększyć nakład sprzedanych płyt (oczywiście, bez zgody, praw autorskich i udziału w zyskach 😉 ).

  4. Budda imponujący, jak oni to tam zbudowali? co do ułatwiania życia fajny pomysł ze zdjęciami. My natomiast piszemy sobie przed wyjazdem karteczki ze zdaniami lub słowami w danym języku jak znaleźć dana rzecz, miejsce, itp. Od teraz metoda ze zdjęciami zagości też u nas 🙂

Śmiało, powiedz co o tym myślisz!