Na mroźnej północy

Noc była stanowczo za krótka. Po lodowatym prysznicu długo zasypiałem, a nad ranem zbudziło mnie regularne szarpanie za tropik i głośne „exceuse me, did you pay for the camping?” (ang. „przepraszam, zapłaciłeś za capming?”). Wygramoliłem się ze śpiwora i wypełzłem z namiotu starając się nie zbudzić Emilii. Wywiązała się rozmowa:

– Słucham?
– Musi pan zapłacić za nocleg. Pana towarzyszka również.
– Za co płacę? Za kawałek skoszonej trawy i zimną wodę pod prysznicem?
– Tak. Dokładnie za to.
– Nie mam pieniędzy, a kartą chyba u Pana nie zapłacę – powiedziałem pewnie
– Tak się składa, że Pan zapłaci. Poproszę kartę.

Nie miałem siły się z nim użerać. Było mi rześko, bo nawet nie założyłem na siebie żadnej bluzy, byłem zaspany i na domiar złego – głodny. Podałem kartę. Wstukałem kolejno cztery cyfry, potem „zielony” i czekałem na wyrok. O dziwo, nie wyświetliła się kwota trzycyfrowa.

Gdy skończyłem poranną toaletę, Emila szykowała się powoli do drogi. Na Islandii nie ma czegoś takiego jak „wylotówka”, dlatego gdy tylko przekroczyliśmy bramę campingu, zaczęliśmy łapać okazję. Łapaliśmy ją przez kolejne cztery godziny.

Wiał tak zimny i porywisty wiatr, że nie zdejmowaliśmy plecaków. Z jednej strony był dodatkowym obciążeniem i pewniej staliśmy na nogach, z drugiej – zapewniał ochronę przed chłodem. „Snaefellsjokull dzisiaj będzie za chmurami” – usłyszeliśmy od Islandczyka. Decydujemy się jechać dalej na północ, do miasta, z którego można płynąć na małą wysepkę Flatey. Wyróżnia się ona tym, że wszystkie budynki, które się na niej znajdują są pomalowane na różne kolory.

Zaraz po Islandczyku zatrzymała się para z Niemiec. Zgodzili się nas podwieźć do Stykkisholmur, gdzie możliwe jest kupno biletu na prom. Tak samo jak my, byli na wakacjach i ochoczo zatrzymywali się by porobić pamiątkowe zdjęcia. Dzięki nim mogliśmy podziwiać jedną z najczęściej fotografowanych gór Islandii – Kirkjufell, co w języku islandzkim oznacza „Góra kościelna”.

Niemcy zawieźli nas pod samą bramę mariny. Po kilku pytaniach i zapewnieniach dochoszliśmy do wniosku, że atrakcja, na którą mieliśmy płynąć, jest przereklamowana. A już na pewno nie jest warta 230zł od osoby. Lekko poirytowani na siebie, że nie sprawdziliśmy wszystkiego do końca wcześniej, obróciliśmy się na pięcie i poszliśmy w drugą stronę. Obroty na pięcie mają to do siebie, że nawet jak się człowiek obróci o dokładne 180 stopni i będzie wracał po śladach, to można trafić w zupełne inne miejsce. Nam się udało trafić do pizzerii. Tego nie mogliśmy sobie odmówić – pierwszy, normalny, ciepły posiłek od kilku dni i to prawie za bezcen – niecałe 50zł.

W drogę powrotną do Borgarnes udaliśmy się (tak dla odmiany) z Niemiecką rodzinką. Pani była bardzo wyluzowana i z pewnością w moim wieku niejednokrotnie pisała na murze „peace, love & rock n roll”. Kiedy Emilia spała oparta o szybę, ja szkoliłem swój język niemiecki. Wysiedliśmy na przedmieściach i poszliśmy na drogę w kierunku Akureyri – nieformalnej stolicy północy. Nawet bez machania kciukiem, zatrzymała się przemiła Islandka, która okazała się być początkującą pisarką. Właśnie kończyła pracę nad jedną ze swoich książek, a z nami dzieliła się koncepcją na kolejną. Zimą na Islandii każdy jest artystą. Jedni piszą, inni komponują. Co druga osoba potrafi grać na jakimś instrumencie, a co trzecia pisze publikacje do lokalnych gazet. Z panią rozstaliśmy się na rozdrożu, po środku niczego. Do najbliższego budynku majaczącego na horyzoncie mieliśmy dobre kilkanaście kilometrów. Jedynie widoki i barwy, jakim mieniło się niebo i trawa, rekompensowały rekordową prędkość wiatru. A kolorów była cała gama – od złotego, podświetlającego chmury, na krwistoczerwonym, okalającym łąkę, skończywszy.
Emilia nie była w stanie ustać na nogach. Ja z resztą też. Stopa łapaliśmy w kuckach. Po niespełna godzinie zlitował się nad nami pewien Islandczyk. Gdy po raz kolejny widziałem dwa znaki obok siebie, łudząco podobne do „ograniczenia prędkości”, spytałem się naszego kierowcy:

-Dlaczego są dwa takie same znaki obok siebie?
-O czym mówisz?
-Tam były dwie dziewięćdziesiątki obok siebie, dlaczego?
-Aaa, o to chodzi. Jeden to owszem ograniczenie prędkości, a drugi informuje o tym, jak mocno może wiać w tym miejscu.

Szok. Co więcej, na Islandii, zimą, drogi częściej zamykane są właśnie z powodu wiatru, a nie ilości śniegu na drodze.

 

Późnym wieczorem dojechaliśmy do niewielkiej miejscowości oddalonej o 80km od Akureyri. Poza pizzą na obiad nie jedliśmy tego dnia nic, więc postanowiliśmy udać się do pobliskiego zajazdu. Nasze żołądki bardzo głośno dawały o sobie znać, jednak ceny w restauracji były zabójcze. Freeganizm – to było wyjście. Jak na zawołanie, jeden z klientów wybiega z budynku jak oparzony, wsiada do auta i odjeżdża, pozostawiając na talerzu pół dorodnego kotleta i cały kopiec frytek. Musieliśmy przełamać barierę dojadania po kimś, ale albo ma się godność, albo pełny żołądek. Do takiego stopnia zasmakowały nam te frytki, że wzięliśmy dokładkę jeszcze z innego talerza. Posileni zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Nie było to proste zadanie. Na otwartej przestrzeni wiało, drzew jak na lekarstwo, a gdy było już widać odpowiednie miejsce, okazywało się, że jest to prywatna posesja. Postanowiliśmy spytać się jakiejś Pani, która akurat wyszła na ganek, o pozwolenie na rozbicie namiotu w pobliżu jej domu. Grzecznie wytłumaczyliśmy, o co chodzi, ale nie była pewna, co nam odpowiedzieć. Z pomocą przybiegł jej mąż, który z marszu powiedział „no problem”. 

Cytat notatki z zeszytu:

„Przemili ludzie. Nie obraziłbym się, jakby rano poczęstowali śniadankiem.”

Śmiało, powiedz co o tym myślisz!