Erawan Falls – mały kawałek raju

Do Kanchanaburi dojechaliśmy stopem. Bez problemu. Ba, nawet byliśmy zaproszeni na zupkę rybną przez jednego z kierowców. Sam autostop działa genialnie, choć ludzie nie rozumieją, co to jest. Na szczęście mieliśmy ze sobą list autostopowicza. W nim, po tajsku, było wszystko wyjaśnione. Reakcje po jego przeczytaniu była zawsze taka sama – uśmiech i ruch zapraszający do wskakiwania na pakę samochodu. Po znalezieniu hostelu za mniej niż 15zł i odwiedzeniu nocnego marketu, poszliśmy spać. Następny dzień zapowiadał się, że będzie wyjątkowo ciężki.

Mieliśmy bardzo mało czasu, a dojechanie na wylotówkę tuk-tukiem zbyt nadwyrężyłby nasz budżet. Po długich negocjacjach z kierowcą, pojechaliśmy autobusem za niecałe 6zł. Po drodze widoki były malownicze – dżungla, w dolinie wolnym nurtem płynąca rzeka, rezerwaty słoni.

Erawan Falls – jeden z wielu parków narodowych na zachodzie Tajlandii. Urzekł mnie wszystkim. No może poza ilością turystów. W jego skład wchodzi siedmiopoziomowy szlak trekkingowy, a na każdym z poziomów malownicze wodospady. Spacer tam był muzyką dla mej duszy – gęsta dżungla przeplatana lasami bambusowymi, latające dookoła motyle i setki ryb pływających w rzece. Koniec szlaku był zwieńczeniem kilkugodzinnego wysiłku – lazurowe jeziorko, w którym pływały rybki gryzące spragnionych kąpieli turystów. Za takie zabiegi w mieście płaci się ponad 200zł, my mieliśmy je tam w cenie biletu wstępu. W drodze powrotnej mieliśmy zobaczyć Tiger Temple. Niestety, pora monsunowa wyjątkowo dała o sobie znać i dosłownie w ostatniej chwili udało nam się złapać stopa. Nie byłe jakiego – z buddyjskimi mnichami. Nic jednak straconego. Dzień wcześniej byliśmy w safari i mogliśmy pogłaskać, poprzytulać tygrysy. Adam postanowił sobie zrobić z jednym z nich zdjęcie. W kominiarce. Bo tak. Konsternacja obsługi była jednak wyjątkowo głęboka, gdy zrozumieli, co kolega chce zrobić. Resztę dnia spędziliśmy na odwiedzaniu obiektów związanych z historycznym mostem na rzece Kwai i przełęczą Hellfire Pass.

 

Most na rzece Kwai – historyczne fakty kontra filmowe mity

„Most na rzece Kwai” – świetny film, łączący ze sobą fikcję i fakty historyczne. Będą w Kanchanaburi, aż grzechem byłoby nie zobaczyć miejsca, które pochłonęło setki tysięcy istnień. Pierwszym miejscem, jakie odwiedziliśmy był cmentarz upamiętniający, żołnierzy, którzy zginęli w trakcie budowy mostu. Ale może od początku. Podczas II Wojny Światowej, Japoński transport jeńców (głównie Brytyjczyków i Duńczyków), dotarł do jednego z obozów w Birmie (Myanmar). Tam został wydany rozkaz, że każdy, bez znaczenia na rangę, ma pomóc w budowie mostu na rzece Kwai łączącego Rangun z Bangkokiem. Most został ostatecznie ukończony, ale za jaką cenę. Film nieprzypadkowo został nagrodzony na jednym z festiwali. Dzisiaj – most jest po prostu jedną z atrakcji. Odnoszę nawet wrażenie, że ludzie nie są do końca świadomi, że to nie jest tylko „most z filmu”, ale kawałek smutnej i przerażającej historii.

 

W małpim gaju – Lopburi

Lopburi było odłożone na dalszy plan, a nawet pod znakiem zapytania. Jednak, co zrobić, jak nie skorzystać, gdy łapie się tam złotego strzała. To, co tam zobaczyliśmy przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania i było bliskie granicy mojej wyobraźni. Wszędzie skakały małpy. Po słupach energetycznych, po drzewach, po świątyniach, wskakiwały na darmowe przejażdżki. Z tego co się dowiedzieliśmy, to małpy nawet raz sobie zrobiły ustawkę z innym małpim plemieniem. Cała banda wskoczyła na pociąg, pojechała 200 km do innej miejscowości, rozwiązała konflikt (niekoniecznie w dyplomatyczny sposób) i wróciła tym samym środkiem transportu do Lopburi. Samo miasto niczym nie wyróżniało się spośród tych wcześniej odwiedzonych. Trochę straganów, trochę świątyń i ten sam zapach. Nie jestem w stanie go opisać – jest na tyle charakterystyczny. Powiedziałbym, że „pachnie Azją”. Jako, że godzina była późna, a pociąg w cenie Polskiego piwa, pojechaliśmy do Ayutthaya wraz z całą zgrają rozwrzeszczanych Tajskich nastolatków. Zastanawiam się, czy oni zgapiali zachowanie z małpiszonów czy na odwrót.

Śmiało, powiedz co o tym myślisz!