Dwa tygodnie w Kirgistanie cz. 2

Biszkek – stolica postsowieckiej architektury

Nigdy nie widziałem brzydszej stolicy. Być może stwierdzenie „stolica postsowieckiej architektury” jest lekko przerysowane i należy traktować je z dużym dystansem, nie mniej jednak Biszkek niczym nie zachwyca. Johnny stwierdził, że jedyne z czego to miasto jest się w stanie utrzymać to łapówki, ambasady i seksturystyka. Co do dwóch pierwszych – zgodzę się, o genezę trzeciego z wymienionych wyżej punktów należałoby się spytać autora tych słów – Johnnego.

W centrum miasta znajduje się wielki plac Ala-Too, a na jego środku pomnik niejakiego Manasa. Postaci tej może daleko jest do Odyszeusza, nie mniej jest on głównym bohaterem narodowego eposu kirgiskiego. Cegła ta, bo tylko tak można określić księgę składajacą się z 500 tysięcy wierszy, opowiada historię narodu kirgijskiego. Zapewne Eliza Orzeszkowa czerpała garściami z tego dzieła, bo bez bujnych opisów fauny i flory nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co może stanowić treść tego eposu.

Biszkek może jednak stanowić bardzo dobre miejsce wypadowe do oddalonego o 40 km parku narodowego – Ala-Archa Gorge. Widok malowniczych wzgórz, rzek meandrujących w dolinach czy świergot ptaków stanowi niezwykły kontrast względem obdrapanych ścian budynków w stolicy czy kakofonii krzyków i klaksonów. Do parku narodowego można dostać się zarówno marszrutką (numer 265 z Osh Bazaru, koszt ok. 50 som – dane z roku 2015) jak i taksówką (cena zależy od naszych zdolności negocjacji, ja przy 4 pasażerach płaciłem 150 som).

Bajkowa Dolina (Skazka Canyon) – początek końca

Zmęczeni miejskim zgiełkiem, postanowiliśmy z Johnym odpocząć nad największym jeziorem znajdującym się w Kirgistanie – Issyk-Kul. Jezioro to znajduje się na wysokości 1609 m n.p.m. oraz zajmuje powierzchnię 6280 km², co czyni je drugim największym jeziorem obszarów górskich, zaraz po Titicaca.

Drogę do Karakol, największego miasta znajdującego się na wschodnim brzegu jeziora podzieliliśmy na kilka etapów. Pierwszym było lenistwo w okolicach miasta Balykchy, czego efektem jest poniższe zdjęcie o zachodzie słońca. Drugim – wizyta w Bajkowej Dolinie (ros. Skazka). Dolina zawdzięcza swą nazwę kolorwym zboczom piaszczystych wzgórz, które w pełnym słońcu mienią się wszystkimi odcieniami czerwieni oraz złota.

Wejście do doliny jest płatne, jednak my postnowiliśmy zaoszczędzić i okrążyć bramki szerokim łukiem. Niestety, karma po raz kolejny dała o sobie znać i moje cwaniactwo prawie skończyło się nieszczęściem. Na jednej z grani osunął się pode mną grunt, przez co zacząłem się zsuwać w stronę krawędzi. Hamowanie plecakiem nie przynosiło rezultatów. Zacząłem, na tyle na ile pozwalała mi na to obecna sytuacja, dociskać cały ciężar ciała do osuwającego się piachu. Rękoma łapałem wszystkie wystające rośliny – niestety pozostawały w dłoniach. Dopiero tuż przy samej krawędzi poczułem pod stopami litą skałę w którą wbiłem z całej siły pięty – to mnie uratowało przed upadkiem z dużej wysokości. Konsekwencją tego wypadku były obdarte ręce, nogi, kilka mniejszych i większych siniaków oraz zwichnięte kolano. Z powierzchownych ran wylizałbym się szybko, ale zwichnięte kolano w kraju, gdzie znakomitą większość powierzchni stanowią góry, a na dodatek stałe obciążenie w postaci dwudziestokilogramowego plecaka przekreślaliły moje plany na kontynuowanie podróży do Europy autostopem. Tego dnia zacząłem też szukać alternatywnej opcji powrotu do kraju.

Kościół Świętej Trójcy

Potrubowani dojechaliśmy do celu naszej podróży – miasta Karakol. W nim znajduje się jeden z najpiękniejszych drewnianych kościołów jakie było mi dane kiedykolwiek zobaczyć. Podczas sowieckiej okupacji kościół pełnił funkcję szkoły wyższej dla dziewcząt zamieszkujących miasto oraz pobliskie wioski. Po upadku ZSRR kościół został przywrócony do swojej pierwotnej funkcji.

Burana – samotna wieża na jedwabnym szlaku

Burana – zapomniana wieża, z której niegdyś muzeini nawoływali do codziennych modliw, dzisiaj stoi zapomniana przez świat.

Z każdą wieżą wiąże się historia o królewnie, księciu i wspaniałym życiu po ożenku. Tym razem jest podobnie. Legenda  głosi, że pewnego razu, jedna z lokalnych czarownic rzuciła urok i przestrzegła władającego króla, że jego długo oczekiwana córka umrze nim dożyje osiemnastych urodzin.

Jak na troskliwego tatusia przystało, aby uchronić córkę od tego nieszczęścia, król wybudował 45-metrową wieżę, w której zamknął swą ukochaną córeczkę. Jedyną osobą, która miała wstęp do owego schronu był nadworny kucharz, który przynosił dziecku posiłki. Jak to bywa w takich przypadkach, czarownica miała rację i pewnego dnia w posiłku, oprócz smakowitego obiadu, znajdował się jadowity pająk, który śmiertelnie ukąsił dziewczynkę. By nadać jeszcze więcej dramatyzmu tej historii, zdarzenie to miało oczywiście miejsce dzień przed osiemnastymi urodzinami niedoszłej królowej.

To by było na tyle jeżeli chodzi o bajki. Wieża znajduje się w pobliżu miasta Tokmok, do którego możemy dostać się autostopem lub marszrutką. Mieszkańcy doskonale wiedzą o istnieniu atrakcji i najlepiej się pytać ich o drogę, ponieważ nie uświadczymy żadnego drogowskazu czy informacji turystycznej.

Kamienna wieża została zbudowana w IX wieku i pierownite pełniła funkcję minaretu będącego częścią meczetu w starożytnym mieście Balasagun. Niestety, przez dosyść niefortunne położenie geograficzne, obszar był nawiedzany częstymi trzęsieniami ziemi. Na domiar złego budowlna była regularnie rozgrabiana przez potrzebujących cegieł rosyjskich emigrantów, a że ludzie nie dosięgają zbyt wysoko, wieża została niemal doszczętnie zniszczona u jej podnóży, co prawie doprowadziło do jej upadku. Na szczęście, pod koniec XX wieku znaleźli się pasjonaci, którzy postanowili przywrócić wieży jej świetność. Efekty ich pracy możemy podziwiać do dzisiaj.

Coś się kończy, a coś zaczyna…

Ostatnie kilka dni spędziłem w Biszkeku na spotykaniu się ze znajomymi poznanymi w hostelach. Jedno z tych spotkań zaowocowało długą i zażartą dyskusją z Policją. Sądziliśmy, że picie piwa na mieście jest całkowicie legalne. Owszem jest, ale nie pod meczetem. Niestety pech chciał, że znaleźliśmy się w nieodpowiednim miejscu, o nieodpowiednim czasie. Niestety byłem jedyną osobą w towarzystwie, która była w stanie dogadać się z Władzami, więc na mnie spadł ten wątpliwy zaszczyt negocjacji.

– Płacicie po 100$ każdy albo areszt na 48 godzin! – krzyczał policjant
– Nie mamy tyle, do aresztu też nie pójdziemy. – stanowczo, aczkolwiek grzecznie odpowiedziałem
– Płacicie po 50$ i zabieramy Was na wyjaśnienia!
Wiedziałem, że jak zabiorą nas na komisariat skończy się to aresztem, procedurami i masą papierkowej roboty na którą nikt z nas nie miał czasu ani ochoty.
– Dokumenty! – niecierpliwił się oficer
Wręczyłem mu posłusznie dokumenty i tym samym przekonałem go by puścił nas wolno. Ze względu na swoje dobro, nie będę opisywał, co oprócz wiz i zdjęcia znajdowało się w paszporcie. Mogę tylko zapewnić, że w biednych krajach, jeżeli nie jesteśmy w stanie wyjść z podbramkowej sytuacji, wielu z prezydentów USA ochoczo przychodzi z pomocą.

To była długa noc. Na drugi dzień miałem lot do Istambułu, skąd miałem zamiar kontynuować swoją podróż do Polski odwiedzając po drodze znajomych na największym festiwalu insturmentów dętych w Europie – Gućy.

 

Śmiało, powiedz co o tym myślisz!