O Johnym słów kilka…

Kaszgar – ostatnie duże miasto przed opuszczeniem Chin. Ostatnie chwile, kiedy mogłem wdychać typowo azjatyckie powietrze. Chociaż też nie do końca – za sprawą mniejszości narodowej, Urgujom, miejski krajobraz bardziej przypomina ten znany z Istambułu niż z dużych miast na południu Chin.

Podczas pobytu w jednym z hosteli poznałem Johnego – trzydziestoletniego Nowozelandczyka, byłego producenta krajowej edycji popularnego, telewizyjnego show – X-Factor. Johny miał dwa metry wysokości, dwa metry szerokości w uszach i długą, gęstą brodę. Ja – przy moim wzroście i posturze wyglądałem jak jego młodszy brat. Dobrze, że brodą nadrabiałem. Nie mniej, postanowiliśmy połaczyć siły – Johny wyglądał groźnie, ja znałem rosyjski. Plan był banalny – tam gdzie moje próby negocjacji będą zawodzić, tam wkracza Johny i swoim wyglądem przekonuje, że nie warto z nami zadzierać.

Irkhestam oraz Torugart – które przejście wybrać?

Są dwie opcje przekroczenia granicy drogą lądową – Irkhestam oraz Torugart. W przypadku tej drugiej – niezbędna jest rezerwacja u chińskiej agencji turystycznej, co wiąże się z dodatkowymi kosztami oraz niepotrzebną papierkologią. Natomiast, pierwszy wariant pozwala turyście uniknąć tych problemów.

Nazwa punktu granicznego –  Irkhestam – wzięła się od wioski położonej na wysokości 3005 m n.p.m. pośród zapierających dech w piersiach górach Pamir.
Chiński punkt kontrolny położony jest jednak ponad 130km w głąb prowincji i jest jedynym miejscem, w którym można otrzymać pieczątke wyjazdową. Wielu nieostrożnych turystów było odsyłanych z kwitkiem przez Kirgkijskich celników, bo nie posiadało stempelka w paszporcie. Co więcej, sam punkt odpraw odtwarty jest tylko w dni pracujące (od poniedziałku do piątku) i tylko w określonych godzinach. Jakby tego było mało, aby opuścić punkt odpraw, turysta zmuszony jest do skorzystania z usług lokalnych taksówkarzy. Koszt takiego transportu to ok. 400 yuanów (240zł). Można jednak podzielić te koszty ze współtowarzyszami, którzy z pewnością będa czekali w ogromnym holu. Wiedząc to wszystko, dogadaliśmy się z Johnym i dwoma Brytyjczykami. Z uśmiechem na ustach i plecakami na plecach pojechaliśmy na przejście graniczne z jedną z byłych republik związku radzieckiego – Kirgistanem.


Irkhestam – kirgijska wioska, od którego granica wzięła swoją nazwę. Drugi punkt na mapce – chiński odprawa celna, gdzie możliwe uzyskanie jest pieczątki wyjazdowej

Nie wszystko złoto, co się świeci. Nie każdy biały jest bogatym turystą. Nie każdy pistolet…

Droga była bardzo wyboista. Koła pojazdu wzbijały w powietrze takie tumany kurzu, że niemożliwym było oddychanie bez jakiejkolwiek chusty osłaniającej nos. Nagle pojazd się zatrzymał. Kierowca mówi, że dalej nas nie zawiezie – do punkt odpraw zostały 2 km. Zdenerwowani wzięliśmy plecaki i spacerowym krokiem zaczęliśmy przemieszczać się w kierunku posterunku. Niespodziewanie podchodzi do nas żołnierz i uspokajającym tonem tłumaczy, że za moment podjedzie kolejna taksówka i bezpłatnie przewiezie nas dalej. Czekamy. Żółty pojazd w aurze wszechobecnego pyłu zahamował tuż przy naszych butach. Kilkukrotnie upewniłem się, że za ten transport nie trzeba płacić, po czym wrzuciłem dobytek do bagażnika. W samym biurze wszystko odbyło się bez najmniejszych problemów. Te pojawiły się, gdy chciałem opuścić teren posterunku.

Mój przyjacielu, musisz mi zaplacic 2000 somów (som – waluta w Kirgistanie, 2000somów to ok. 120zł)! – słyszę za plecami
Mój przyjacielu, nie tak się umawialiśmy. Transport miał być bezpłatny i jechaliśmy razem niecałe dwa kilometry – odpowiadam
Nic takiego sobie nie przypominam, dawaj pieniądze.
– Zapomnij.

Ton rozmowy bardzo szybko się zmienił, a cała sytuacja zaczęła nabierać tempa. Żołnierz, ten sam, który nalegał byśmy skorzystali z taksówki, podszedł do nas z wyraźnie kwaśną miną.
– Dawaj portfel! – słyszę od żołnierza.
Posłusznie dałem mu tzw. „fake wallet” – portfel w którym znajdowały się ukraińskie hrywny, karta stałego klienta go-sportu, bony na jedzenie do mc donalda… słowem – śmiecie. Żołnierz wpadł w furię. Wyjął pistolet z kabury i zaczął do mnie mierzyć żądając dokumentów. Pyskując dalej powiedziałem mu, że jedyną osobą, której pokarzę dokumenty, jest jego przełożony. Wściekły „zielony” poszedł po oficera, taksówkarz był zajęty liczeniem strat. To był ten moment. Dałem znak Johnemu, że nic tu po nas i lepiej uciekać, póki jest okazja. Plecaki na plecy i zaczęliśmy przebierać ile sił w nogach. Brytyjczycy widząc co się dzieje, wzięli z nas przykład. Udało się.

Śmiało, powiedz co o tym myślisz!