Dzisiaj w Betlejem

Dzisiaj w Betlejem

Betlejem. Miasto narodzenia. Miasto, narodzenia Syna Bożego. Miasto cudu. Dzisiaj – sól w oku Izraelitów. Betlejem znajduje się obecnie na terenie Autonomii Palestyńskiej, za wysokim na 7 metrów i długim na 450 kilometrów murem. Do miasta można wjechać jedną z 66 bram, być przeszukanym na jednym z 66 checkpointów przez dwóch z kilkuset żołnierzy pilnujących porządku. Betlejem znajduje się cały czas pod zaostrzoną kontrolą – wzmożone patrole, checkpointy, blokady dróg, okresowe wprowadzanie godziny policyjnej to codzienność, z którą muszą zmagać się mieszkańcy.

Jak już wcześniej pisałem, Izarel jest pełen kontrastów. Nie inaczej jest w Betlejem. Wyobraźcie sobie wielki plac, po środku ubrana choinka – symbol Bożego Narodzenia, Po jednej stronie placu – Bazylika Narodzenia Pańskiego, miejsce gdzie Syn Boży przyszedł na świat, po drugiej stronie – meczet. Sam plac otoczony straganami, przy których w popłochu, bo przecież wycieczka nie będzie czekać, turyści kupują tandetne pamiątki. Pod choinką kobiety w burkach nawołują swoje dzieci, natrętni sprzedawcy nakłaniają do skorzystania z ich specjalnych ofert. Witamy w Betlejem.

Bazylika Narodzenia Pańskiego uchodzi za jeden z najstarszych, nieprzerwanie działających kościołów na Świecie. W zasadzie nikt jej nie zwiedza. Każdy – turysta, pielgrzym, wierzący czy niewierzący zmierza do Groty Narodzenia – miejsca gdzie na świat przyszedł Jezus. Grota znajduje się wewnątrz, a w zasadzie pod samą Bazyliką. Ustawiliśmy się w długiej kolejce. Wszyscy chcą dotknąć, doświadczyć i zabać ze sobą cząstkę tej wyjątkowości, która panuje w budynku. Przyjemny chłód, cisza i zapach kadzidła pozwalają na chwilę odpłynąć myślami gdzieś daleko. W świetle lamp oliwnych modlą się wierni. Kroczek za kroczkiem zbliżamy się do Świętego Miejsca.

W samym centrum Groty znajduje się ołtarz z charakterystyczną srebrną gwiazdą i otworem w środku. Napis głosi „Hic de Virgine Maria Jesus Christus natus est” – Tu z Maryi Dziewicy narodził się Jezus Chrystus. Pielgrzymi padają przed ołtarzem, całują gwiazdę w geście szacunku. Każdy chce chociaż przez chwilę dotknąć kamienia znajdującego się na dnie otworu.

Pomimo aury mistycyzmu i ekscytacji, można również odnieść wrażenie, że w tym miejscu wszystko jest na pokaz. Odniosłem wrażenie, że każdy z wiernych padał głębiej na kolana niż poprzednik, ręce w trakcie modliwy były gorliwiej ściskane, a z  reklamówek wysypywał więcej dewocjonalii oczekując ich błogosławieństwa. Tak jakby te wszystkie przedmioty miały być świadectwem i swego rodzaju miarą  ich wiary. Nie rozumiałem tego kompletnie. Z mieszanymi uczuciami opuściłem Bazylikę.

Miłym zaskoczeniem był polski sklep z dewocjonaliami znajdujący się w pobliżu głównego placu. Jego właściciel, żyd, do takiego stopnia ukochał sobie Polskę, że niedość, że nauczył się naszego języka, wszędzie porozwieszał nasze symbole narodowe, to jeszcze miał okazję śpiewać dla Jana Pawła II podczas jego pielgrzymki do Ziemii Świętej. Po wspólnej rozmowie, zakupach oraz wizycie w warsztacie, w którym struga się drewniane podobizny Jezusa, postanowiliśmy zakończyć naszą wycieczkę kolędą „Dzisiaj w Betlejem” (zapis tego wydarzenia zachowam dla siebie – dwanaście gardeł, każde śpiewające w swojej tonacji, nie jest przyjemnym doświadczeniem dla uszu).

Cmentarz Żydowski na Górze Oliwnej

Na Górze Oliwnej znajduje się najstarszy i najdroższy cmentarz żydowski na świecie. Całe zbocze zajmują pomniki oraz mauzolea żydów, a ich liczba szacowana jest na ponad 180 tys. grobów. Ciała osób pochowanych skierowane są w stronę Wzgórza Świątynnego, by w trakcie Sądu Ostatecznego ułatwić wybranym wejście do Królestwa Niebieskigo. Wierzy się, że właśnie na Górze Oliwnej będzie miał miejsce Dzień Sądu i Mesjasz przejdzie przez Doline Cedronu i wejdzie przez Złotą Bramę do Jerozolimy. Wielu wierzących obiawa się, że mogą nie dostąpić zaszczytu wejścia do Królestwa (ograniczone i biletowane miejsca czy coś) , dlatego chcą być jak najbliżej miejsca Sądu, by zostać osądzonym w pierwszej kolejności i tym samym zwiększyć swoje szanse na życie wieczne.  Podobno obecnie miejsce kosztuje w granicach 1-1,5 mln dolarów od osoby.

Kupa piachu i sterta gruzu – Jerycho

Gdy, w czasach biblijnych, Jozue wraz z kapłanami zadęli w trąby, mury Jerycha runęły. Będę złośliwy i powiem, że tak już zostało do dzisiaj. Najstarsze miasto świata to, według mnie, kupa piachu i sterta gruzu.

Po opuszczeniu Jerozolimy udaliśmy się na wschód, w stronę Jerycha, miasta położonego około 270 metrów poniżej poniżej poziomu morza, co czyni je jednym z najniżej położonych miejscowości na świecie. Miejski krajobraz ustąpił miejsca górzystym pagórkom, gdzieniegdzie tylko porośniętym przez niską roślinność. Jechaliśmy północną częścią Pustyni Judzkiej. Terenu bardzo szczególnego ze względu na swoją historię. To właśnie tutaj, kilka tysięcy lat temu Dawid uciekał przed Saulem i przed Absalomem. W tym miejscu Jan Chrzciciel wypełniał swoją misję, a Jezus przez 40 dni przygotowywał się do wypełnienia woli Ojca. Dzisiaj, jest to teren nieustających sporów pomiędzy autonomią Palestyńską, a Izraelem.

Od samego początku naszej drogi widać było wzmożone patrole policji, nieoznakowane radiowozy czy wozy pancerne. Skrzyżowanie pośrodku pustyni, drogowskaz do Jerycha. Tam był nasz przystanek. Kierowca nie mógł jechać dalej, ponieważ był Izraelitom, a oni mają zakaz wstępu na teren Palestyny bez specjalnej przepustki. Na drodze – radiowóz ze wzmocnionymi szybkami i dwóch policjantów z karabinami automatycznymi wymierzonymi w naszą grupkę. Za nimi – wielka czerwona tablica ostrzegawcza w trzech językach – angielskim, hebrajskim i arabskim – „Jesteś tu na własną odpowiedzialność, ryzykujesz zdrowiem i życiem. Nie gwarantujemy, że opuścisz to miejsce cało w szczególności jeżeli jesteś Żydem”. Minęliśmy ich bez słowa, o nic nie pytali – widzieli, że jesteśmy turystami.

Po takim przywitaniu może nie spodziewaliśmy się fajerwerków (chociaż w tym przypadku mogłoby one być zastąpione przez wybuchy min przeciwpiechotnych) , ale liczyliśmy przynajmniej na majestatyczne ruiny, relikwie w szklanych gablotach czy podświetlone artefakty. Zamiast tego otrzymaliśmy, coś co wyglądało na kupę gruzu i stertę kamieni otoczone oazą. Wstęp na teren starożytnego miasta, aka. wykopalisk, na szczęście nie był zbyt drogi (10 NIS – Szekli), jednak mimo wszystko czuliśmy się bardzo zawiedzeni widokiem, który tam zastaliśmy.

Rozczarowani, zaopatrzyliśmy się w prowiant (kilka razy tańszy niż w Izraelu) i udaliśmy się w dalszą drogę – w stronę Morza Martwego.

Śmiało, powiedz co o tym myślisz!