Hveragerði – gorąca rzeka

Z dziewczynami spotkałem się na obiedzie przed Bonusem. Te sklepy były wszędzie. Wjeżdżając do islandzkiej miejscowości można być pewnym kilku rzeczy: ronda w „centrum” miasta , stacji paliw na wylocie i Bonusu przy każdej gęściej zabudowanej ulicy. Posileni zdecydowaliśmy się udać na spacer i odnaleźć słynną gorącą rzekę. Ciężko ją przeoczyć – mnogość drogowskazów i życzliwość ludzi jest na wyspie przeogromna.

„Pieniądze nie śmierdzą” – pomyślał pewien Islandczyk otwierając restaurację geotermalną. Wszystkie posiłki, jak głosiła informacja, są przygotowywane przy użyciu naturalnych zasobów energetycznych, bez użycia gazu czy węgla. Sama restauracja wyglądała obskurnie, a ceny również pozostawiały wiele do życzenia.

Do przejścia mieliśmy jedynie 3km do parkingu i kolejne 3,5km do celu, lecz mimo krótkiego dystansu, nie mogliśmy sobie pozwolić na dłuższe postoje, bo dzień chylił już się ku końcowi. Gdy byliśmy na miejscu, Asia poczuła jak przeziębienie na dobre pozbawia ją sił i postanowiła, że poczeka na nasz powrót grzejąc się w parkingowym sklepiku. Spacer dłużył nam się niemiłosiernie. Do takiego stopnia ogarniała nas głupawka, że zaczęliśmy nawet nazywać owce po imieniu wymyślając im takie bogate w doświadczenia życie, że nie jeden reżyser brazylijskiej telenoweli kupiłby od nas część tych pomysłów.

Sama rzeka – mokra i ciepła. Znaki ostrzegawcze były podobne do tych, które znaleźliśmy na polach siarki, jednak większość turystów bezczelnie je ignorowała i korzystała z dobrodziejstw rzeki. W sumie to im się nie dziwię, sam bym do niej wskoczył, gdyby nie ciągłe telefony zmarzniętej i przeziębionej Asi. Do miasta wracaliśmy w egipskich ciemnościach, co na warunki islandzkie oznacza, że było już dawno po północy. W końcu daliśmy odpocząć zmęczonym plecom i położyliśmy się spać.

Islandzka lekcja kultury – Reykjavik Culture Night

Wstaliśmy wcześnie, by pożegnać się z Asią, która miała lot powrotny do Polski. Sami natomiast udaliśmy się na największy festiwal na wyspie – Reykjavik Culture Night.

Cała impreza łączyła w sobie wiele aspektów, którymi Islandczycy się szczycą (momentami bez powodu) – muzykę, sztukę i kulinaria. O ile ciasteczka, którymi byli częstowani turyści były całkiem zjadliwe, ba, nawet smaczne, o tyle wykonawcy mnie bardzo zawiedli. Spodziewałem się Bjork, Sigur Rós, czegokolwiek, co sprawi, że zacznę klaskać do rytmu, a dostałem islandzką, mniej udaną, wersję Krzysztofa. Gdy chciałem spisać to popołudnie na straty, coś nas podkusiło i poszliśmy zobaczyć, czy w filharmonii wystawiane są jakieś sztuki. To był strzał w dziesiątkę. Akurat trafiliśmy na koncert muzyki poważnej. Nie jestem krytykiem, ani wybitnym znawcą takiej formy sztuki, ale fakt, że po całym recitalu usiadłem w kącie i zacząłem poważnie zastanawiać się nad swoim życiem mówi sam za siebie. Powstała nawet z tego swego rodzaju lista postanowień. W przeciwieństwie do tych noworocznych, udało mi się ją zrealizować, więc ten wieczór naprawdę był magiczny. Zwieńczeniem całej imprezy był przepiękny pokaz ogni, który robił wrażenie zarówno na tych małych, jak i dużych widzach.

O mniej kulturalnej stronie Islandii

W dniu festiwalu nie mieliśmy gdzie spać. Obeszliśmy wszystkie campingi, wszystkie hostele. Próbowaliśmy wszystkiego – być gościem, wolontariuszem, dozorcą, a nawet kucharzem. Wszędzie odprawiali nas z kwitkiem kierując do konkurencji. Spanie na dworcu nie wchodziło w grę, tak samo jak spędzenie nocy na ulicy z tysiącem pijanych imprezowiczów. Z pomocą przyszła nam pewna dziewczyna z Couchsurfingu. Zawsze sądziłem, że osoby korzystające z tego serwisu, są otwarte, gościnne i skore do pomocy. Tym bardziej rozczarowało mnie zachowanie dziewczyny. Nie dość, że miała pretensje do całego świata, że zgodziła się nas przenocować, to cały wieczór słuchaliśmy, o tym jak to autostopowicze psują Islandzką gospodarkę. Jej pomysły, by opodatkować, obiletować, wszystkie cuda natury były genialne. Szkoda tylko, że sama była od kilku lat na zasiłku dla bezrobotnych, opakowania po pizzy skutecznie zagracały jej kuchnie, a lenistwo wylewało jej się ze spodni.

Ostatnie dni na wyspie

Ostatnie dni na wyspie były kompletną nerwówką. Wulkan droczył się z nami niemiłosiernie. Kiedy sądziliśmy, że jego aktywność spada i możemy przez chwilę złapać oddech, nagle pojawiały się silne wstrząsy sejsmiczne, sprawiając, że zagrożenie wybuchem stawało się bardzo realne. Próbowaliśmy wszystkiego by na chwilę nie myśleć o ewentualnej erupcji –  szukaliśmy domków elfów, ale ich nie było; próbowaliśmy po raz kolejny zobaczyć Snæfellsjökull, ale i tym razem był schowany za chmurami. Nawet przez chwilę pracowaliśmy w klasztorze, bo przecież „jak trwoga to do Boga”, ale na nic się to zdało. Siedzieliśmy na lotnisku jak na szpilkach nerwowo zerkając na tablicę ogłoszeń wyszukując „flight has been canceled” (ang. Lot został anulowany). Na szczęście nigdy tego nie dostrzegliśmy. 27 Sierpnia opuściliśmy wyspę i kilka godzin później wylądowaliśmy w Wielkiej Brytanii. Z jednej strony było nam szkoda, że opuszczamy to miejsce, z drugiej cieszyliśmy się, że przygoda z wulkanem dobiegła końca.

Po kilku podwózkach dojechaliśmy do Dover, gdzie udało nam się złapać Miłosza. Z początku nie wiedzieliśmy, że jest Polakiem, dlatego przez pierwsze 30 minut rozmawialiśmy z nim po angielsku. Wszystko wyjaśniło się, gdy zapytał się nas, dokąd chcemy jechać. Ciągle w pamięci mam ten szeroki uśmiech na wieść, że „do Polski”. Żeby nie było tak łatwo, założyliśmy się z Emilką, że w przeciągu trzydziestu godzin dotrzemy do domu. Gdy wskazówka miała wybijać ostatnią minutę przekroczyliśmy tabliczkę z napisem „Łódź”. Do dzisiaj nie pamiętam, o co się założyliśmy, ale ewidentnie coś wygrałem. Być może to było mnóstwo zdjęć, wspaniałe wspomnienia, cudowne chwile pośrodku wielkiej pustki z linią lodowców na horyzoncie. Być może poczucie wolności, niezależności i spełnienia? Kto wie, kto wie…

is_146
<<Lista wszystkich wpisów >>             

2 thoughts on “Islandzka lekcja kultury”

Śmiało, powiedz co o tym myślisz!