Kolejny dzień – kolejne objazdy. Okazuje się, że droga którą mieliśmy pokonać dalszą część trasy jest w remoncie. Na szczęście miły sternik okrętowy wywozi nas w dobrym kierunku i już po godzinie znaleźliśmy się w Oldenburgu. Tam – koszmar. Nie było miejsca gdzie i jak łapać . Pociągi i autobusy nie wchodziły już w grę – staliśmy przeszło  4 godziny, aż w końcu zatrzymał się Christian. Obietnica wywiezienia nas kolejnych 10 km, do najbliższej stacji była tym czego potrzebowaliśmy. Człowiek nie tylko wywiózł nas 150km do następnego Groningen, był rozmowny i chętnie dzielił się ciekawostkami dotyczącymi jego miasta, to jeszcze dał na odchodnym latarkę mówiąć ” In case you won’t see light in the tunnel”. Na koniec jeszcze słit focia z rąsi i mogliśmy zaczynać zwiedzanie naszego pierwszego holenderskiego miasta. Jak na prawdziwych Polaków przystało, pierwszym przystankiem był Mc Donald’s, w którym zjedliśmy ciepły posiłek.


W Holandii byliśmy od godziny, a już kilkukrotnie zostalibyśmy potrąceni przez rowerzystów. Jeżeli ktoś nie zginie tam spadając z jednego z podnoszonych mostów, to z pewnością umrze pod kołami pedałujących  jednośladowców. Po długich wędrówkach docieramy na „stare miasto”. Ujmuję to w cudzysłów, ponieważ wszystkie budynki wyglądają tam jakby zostały wycięte z pocztówki, ew. były wybrykiem zjaranego architekta. Spędziliśmy tam kilka godzin, po czym przy pomocy pana bibliotekarza dotarliśmy na dworzec kolejowy obok którego mamy znaleźć autostradę w kierunku Amsterdamu. Zanim jednak było nam dane po raz kolejny stanąć na drodze, przeżyliśmy niemały szok. Wiadomym było, że wszystko ma swoje miejsce, w tym rowery, ale to już była lekka przesada. Kilkupoziomowy parking dla rowerów robił wrażenie, piorunujące.
Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu dla ludzi, którzy pośród tej całej graciarni potrafią odnaleźć swój pojazd. Po kolejnych odwiedzonych zabytkach, zaczepionych ludziach udaje nam się dostać na autostradę, która zaczyna się na jednym ze skrzyżowań. Na szczęście Holendrzy, jako chyba jedyny naród w Europie, przewidzieli fakt, że młodzi ludzie lubią podróżować autostopem i wydzielili im specjalne miejsca do łapania podwózek. Mimo takich udogodnień, złapanie stopa zajęło nam prawie godzinę.

Naszym kolejnym kierowcą okazał się Henrik, student historii, piszący pracę magisterską na temat polskich uchodźców po II Wojnie Światowej. To od niego dowiedzieliśmy się dlaczego większa część Holandii znajduje się poniżej poziomu morza, dlaczego słynie ona z wiatraków i ma najprostszą linię brzegową spośród wszystkich państw Europy. W średniowieczu, Holendrzy potrzebowali nowych terenów uprawnych, dlatego budowali wiatraki, którymi osuszali wodę/bagna i  budowali na ich miejscu kolejne osady. Dlatego właśnie, wyjeżdżając z jednego miasta, wjeżdżamy do następnego. Co jeszcze jest warte uwagi, pomimo tego, że Holandia jest jednym z najbardziej liberalnych państw, jest również jedynym w którym istnieją miasta, w których na porządku dziennym jest noszenie strojów ludówych, a konserwatyzm jest tak głęboko zakorzeniony, że zbrodnią jest przyjmowanie szczepionek, ponieważ jest to oznaka sprzeciwu wobec woli Boga. Henrik nie był w stanie nas jednak zabrać do Amsterdamu. Jechał on bowiem do Amersfoort (40 km od stolicy). Godzina dojazdu była jednak na tyle późna, że zaproponował nam nocleg po wcześniejszym zwiedzeniu starówki. Ludzie byli przemili. Najpierw jakiś rastafarianin oferował nam nocleg, potem jakiś niespełniony malarz-artysta, a na sam koniec i tak wylądowaliśmy w domu Henrika i Raikji (bo tak miała na imię dziewczyna Holendra). Wieczór spędziliśmy w miłej, typowej, Holenderskiej atmosferze. Nasi gospodarze znaleźli nawet sposób by porozmawiać więcej z Pauliną (wstydziła się mówić po angielsku) – pisali z nią za pomocą google translate. Rano pożegnaliśmy się przez sen z Henrikiem i po tym jak już zwlekliśmy cztery-litery z materacy, poszliśmy na targ kupić sobie śniadanie. Zostaliśmy zachęceni do skosztowania jakiejś potrawy, na którą składała się surowa ryba, trochę cebulki i jakieś mazidło. Niestety nie mam zapisanej nazwy co to dokładnie było i może lepiej bym nie wiedział. Pożegnaliśmy się z Panią domu robiąc sobie jeszcze ostatnie pamiątkowe zdjęcie i udaliśmy się w poszukiwaniu drogi w kierunku Amsterdamu. 

 

Śmiało, powiedz co o tym myślisz!