Balaton – węgierska kałuża!

Z początku nie mogłem się zdecydować czy jechać gdzieś na majówkę czy nie, a jeżeli, to ciągle pozostawał dylemat – gdzie. Przypadkiem zauważyłem na facebookowej grupie informacje o imprezie nad Balatonem.  Brzmiało to jak naprawdę dobry plan. Wahałem się czy jechać samemu czy kimś, ale skoro „happiness only real when shared”, postanowiłem napisać do jednej z osób, które odhaczyły się na twarzo-książkowym wydarzeniu. Moniki nigdy wcześniej nie widziałem na oczy i zobaczyłem ją dopiero, kiedy spotkaliśmy się w dniu wyjazdu w Katowicach. Nic o niej nie wiedziałem poza tym, że tak samo jak ja szukała kompana na podróż.

 

W środę (30.04) już koło 9:00 stałem na wylotówce w stronę Katowic. Stopowałem już samemu po Polsce, ale nigdy wcześniej nie było tak owocnie – po trzydziestu minutach łapię TIR, który zawozi mnie prawie pod same Katowice. Józek, kierowca, był bardzo pozytywnym człowiekiem, który w życiu zajmował się dosłownie wszystkim – od budowlanki, po bycie szoferem włącznie. Rozstaję się z nim na stacji benzynowej, 29 km od celu, a tam, co? – kolejka. Tak się złożyło, że na tej stacji stało już 2 kumpli jadących w podobnym kierunku, co ja. Po wymianie uprzejmości i otrzymaniu od nich zgody na łapanie stopa za nimi ustawiam się od niechcenia na poboczu. Było mi naprawdę strasznie głupio, kiedy od razu zatrzymuje mi się busiarz, a chłopaki od kilku godzin niczego nie złapali. Kiedy na zegarku wybiła 12: 30, byłem już na umówionym miejscu spotkania z Moniką – dworcu PKP.
Jako, że miałem dobre półtorej godziny do poznania mojej kompanki, postanowiłem się przejść po okolicy. Niestety jedną rzeczą, a właściwie osobą, wartą uwagi był Mariusz Goli, katowicki gitarzysta ( zainteresowanych odsyłam na YT).

Smutne, że Katowice pomimo wszechobecnych remontów, ciągle są piękniejszym miastem niż Łódź. Dostanie się na wylotówkę zajmuje nam dłużej niż byśmy chcieli – przeszło półtorej godziny. Natomiast całą drogę do Cieszyna pokonujemy dość sprawnie, bo tylko na 3 stopy. Ostatnim przystankiem jest stacja benzynowa, na której zaciekawiony panem fotografem, zagajam do niego rozmowę…

Jaki przeżyłem szok jak Pan fotograf odpowiada mi płynnym rosyjskim. Próbowałem, starałem się, kombinowałem jak mogłem, ale jedyne, co mi wychodziło z tej rozmowy to „haraszo” i „da swidana”. Monika się śmiała już od końca wycieczki z tej sytuacji. Nie mniej, po krótkim odpoczynku udajemy się spacerkiem na przejście znajdujące się pięć kilometrów dalej. Żeby jednak nie było tak nudno – zatrzymuje się obok nas dwójka samozwańczych dziennikarzy robiących materiał o uczestnikach Krakostopu – studenckiego wyścigu autostopowego do Zagrzebia. Nie byliśmy uczestnikami żadnego z odbywających się wtedy wyścigów, ale tylko, gdy doszliśmy do bramek granicznych czekała tam jedna z par. Kolejną spotkaliśmy po drugiej stronie cieszyńskiego mostu i wspólnie rozbiliśmy się w pobliżu jeziorka. Wieczór minął nam na rozmowach, podtrzymywaniu żaru w ognisku i żartach pt. „ kto jutro będzie dłużej łapał”. Rano postanowiłem porobić kilka zdjęć ( tak na wszelki wypadek, gdyby nie udało się dojechać nad Balaton to miałbym foty, którymi mógłbym Was bajerować, że faktycznie tam byłem).

Ege szege Dre!

Po złożeniu namiotu i odstaniu trochę ponad godzinki, łapiemy w końcu Polaków, z którymi udajemy się na małą, samochodową objazdówkę po Czechach. Nie wiem jakie licho podkusiło nas by wysiadać w zabitej dechami wiosce Hulin. Nie było tam nic: ani sklepu, ani ludzi, ani ruchu samochodowego na ulicy. Po kilku godzinach stania przy autostradzie zrezygnowani postanawiamy zmienić kierunek. Powrót do wioski i wybór drogi na Kroměříž było naszym jedynym ratunkiem. Niczym szczególnym się to miasteczko nie wyróżniało – od taka sobie mieścina wielkości Rawy Mazowieckiej ( jak teraz, po powrocie, patrzę na google to widzę, że trochę przegraliśmy omijając to miejsce). Od rana szczęście nas nie rozpieszczało, ale tym razem się do nas uśmiechnęło i już po kilku minutach zatrzymuje się młody Czech w bardzo niegustownej koszuli. Gdyby nie fakt, że Pan okazał się krypto-gejem, wszystko byłoby ok. Po godzinie podróży, która było wyjątkowo dla mnie niezręczna, zostajemy wysadzi przy centrum handlowym w pobliżu Brna. Tam już było lepiej – nasz kolejny kierowca okazał się zwykłym studentem architektury, a zarazem wielkim fanem Andrzeja Sapkowskiego. Na stacji obok Győr rozstaliśmy się ze Słowakiem. Nawet nie sądziliśmy co nas na niej czeka. 4 godzinny bezowocnego czekania – to było nam pisane. Czekając na cud, spotkaliśmy Tomka i Sylwię – stopowiczy jadących na tę samą imprezę! Szok miliard! Takie zgranie miejsca i czasu!

Kolejna podwózka udała się dzięki uprzejmości naszych znajomych. Rozmowa jednym z turecki kierowców zaowocowała załatwieniem transportu – zarówno dla nich, jak i dla nas. Niestety bariera językowa była na tyle duża, a tirowiec na tyle nieogarnięty, że wylądowaliśmy o 1:00 w nocy na środku węgierskiej autostrady. Szczęście w nieszczęściu, że miałem kamizelkę odblaskową, a stacja do której musieliśmy się wrócić była oddalona jedynie o sześć kilometrów. Z każdą mijającą nas ciężarówką nogi coraz bardziej się pode mną uginały. W końcu byliśmy mało widoczni, a oślepiające światło reflektorów, kiedy kierowcy puszczali” długie” wcale nie pomagało. Po tym jak się doczłapaliśmy na miejsce i wyjaśniliśmy pomocy drogowej, że nie potrzebujemy lawety i doskonale sobie bez niej radzimy, zmęczeni padliśmy na ławki. O tak późnej godzinie na stacji można spotkać same „asy” – wstawionych/naćpanych tubylców, kolejną zmianę pań lekkich obyczajów czekających w kolejce do toalety oraz kwiat węgierskiej młodzieży oferujących podwózkę do Budapesztu. Był to niewątpliwie miły akcent na zakończenie niezbyt udanego dnia. Chłopak w naszym wieku, poza stopem, zaproponował nam jeszcze nocleg u niego w domu. Ochoczo na to przystaliśmy. Krótkie zakupy w nocnym, zamieniły się w jeden z najbardziej szokujących momentów całej wycieczki. Na Węgrzech jest prohibicja. Tak… jest. Po 22.00 można co najwyżej kupić sobie nestea ( co z braku laku poczyniłem). Współczuje z całego serduszka tamtejszej młodzieży. Nie mam pojęcia jak oni imprezują w takim kraju. Nie mniej, z lekko smutnymi minami udaliśmy się do mieszkania naszego hosta. Wszystko było jak w bajce – przytulne mieszkanko, prysznic, miły gościu. Czar prysł kiedy okazało się, że nasz host jest… hmm… handlarzem-botanikiem. W iście gęstej, holenderskiej atmosferze położyliśmy się spać. Rano jakimś cudem udało nam się wstać i wyruszyć w stronę Siofok – naszego miejsca docelowego. Koło południa byliśmy już pod marketem, gdzie spotkaliśmy prawie całą wyjazdową ekipę.
Koło południa byliśmy już pod marketem, gdzie spotkaliśmy prawie całą wyjazdową ekipę. Sam Balaton wyglądał… inaczej. Nie powiem, że był mega przepiękny, bo to tylko trochę wody. Nie mogę również powiedzieć, że był brzydki, bo miał swój urok. Co zasługuje na uznanie to jego kolor – seledynowy.

 
 
Wyjazd ten miał charakter bardziej integracyjny, niż krajoznawczy i nawet pogoda nie pokrzyżowała nam planów. Były tańce, hulańce, polskie hity grane na gitarze. Słowem – wszystko to co jest na imprezie znajomych, których łączy wspólne hobby. Pomimo tego, że większość osób kojarzyła się jedynie z portali społecznościach i nigdy nie widziała na oczy, to jednak każdy znalazł dla siebie miejsce i mam wrażenie, że czuł się, że jest w odpowiednim miejscu z właściwymi ludźmi.

Coś się kończy, a coś zaczyna

Poranek przywitał nas ulewnym deszczem i burzą. Całe szczęście, że namiot nie jest robiony przez znajomego Chińczyka. Gdyby nie pochmurne niebo, przelotne opady i porywisty wiatr, zostalibyśmy dłużej. A tak, po 12.00 byliśmy już spakowani i spokojnym krokiem przeszliśmy całe miasto w poszukiwaniu drugiej, magicznej wylotówki. Jej magia jednak prysła, gdy przyszło nam na niej stać przeszło trzy godziny, które wlokły się tak niemiłosiernie, że zaczynałem dostawać bzika, a Monika zaczynała mnie mieć dosyć. W końcu, udało nam się w końcu złapać żołnierza, który zabiera nas 60 km dalej w stronę drogi na Győr. To był chyba pierwszy i (mam nadzieję, że nie ostatni) raz kiedy żołnierz powiedział do mnie stary, jesteś odważny, że tak jeździsz. Moje ego do dnia dzisiejszego nie mieści się ze mną na jednym krześle. Po rozstaniu się z panem mundurowym zostajemy zabrani przez kolejnych Węgrów, którzy wysadzają nas na stacji w stronę Bratysławy.
Nie mogliśmy znaleźć sobie ani miejsca na stacji, ani w kabinie TIRa – żaden z obecnych kierowców nie chciał nas zabrać. Pozostało nam jedynie czekać na cud. Cud, który zdarzył się kilka minut później – na stację podjechały dwie terenówki na polskich blachach, z którymi udało nam się dogadać, że zabiorą nas, aż do Gliwic!! Taki tam stop na trzy czwarte trasy w jedną stronę ^^ Kierowca był dość miły i ochoczo dzielił się opowieściami ze swoich podróży. Z jednej strony cieszyłem, się, że tak się udało, z drugiej –żałowałem, bo pewnie przegapiliśmy kilka niezapomnianych przygód. A tak jedyne, co nas spotkało to biesiadna potańcówka i przemiła gospodyni w jednym z zajazdów. Miał to być krótki przystanek na siku, a siedzieliśmy tam prawie godzinę bawiąc się z klientami gospody.

Do Gliwic dotarliśmy koło 2:00 i nie miałem już siły łapać niczego do Łodzi. Po nocy spędzonej w akademiku, rozstałem się z Moniką i udałem się na wylotówkę w stronę mojego miasta. Byłem tak leniwy, że nawet nie sprawdzałem, gdzie ona dokładnie jest i gdzie się dobrze łapie. Poskutkowało to 2h czekaniem na przystanku, które w ostatecznym rozrachunku było całkiem opłacane – trasę pokonałem jednym stopem.


Teraz kilka wyjaśnień:

Nikt z nas zgromadzonych w Siofok, nie mówił po węgiersku i jedyne co znaliśmy to „Ege szege Dre”, czyli „ na zdrowie”. Jako, że z wiedzy należy korzystać, to staraliśmy się tego wyrażenia używać jak najczęściej. 😉

Host będący handlarzem-botanikiem, był po prostu handlarzem-botanikiem, proszę się nie doszukiwać żadnych metafor ;>

Podziękowania i pozdrowienia:

Dla wszystkich tych którzy nas zabrali, dla całej ekipy Balaton Biczyz, a przede wszystkim dla Moniki Babczyńskiej, za to, że zarażała mnie nieschodzącym z  jej twarzy uśmiechem i za to, że cierpliwie znosiła moje śpiewanie „Jagódek” ilekroć za długo czekaliśmy na stopa. Do następnego ludziska, wasz Ksionc! ;D

2 thoughts on “Ege Szege Dre – Balaton 2014”

  1. Pamiętne przejście graniczne w Cieszynie! Pamiętam Twojego bzika, kiedy zamieniasz się w Smerfa Marudę. Brawa dla Moniki! 😀 Ah, jagóóóódki, czaaarne jagóóóódki. Mam jeszcze nagrania jak śpiewamy szła dzieweczka w Wiedniu :3 Eh, no i ciesz się, że podzielam Twoje zamiłowanie do autostopu, bo inaczej nie wybaczyłabym Ci Twojej nieobecności na mojej cudownej urodzinowej imprezie 😛

Śmiało, powiedz co o tym myślisz!