Co w Danii piszczy

Prom niczym się nie wyróżniał spośród swoich kolegów po fachu. Luksusowa restauracja nadająca wszystkiemu pompatycznego, bezcłowe sklepy naciągające turystów na pamiątki oraz masa śrubeczek, i pokręteł sprawiających, że statek nie szedł na dno wraz z całym dobytkiem. Tłumy ludzi beznamiętnie przez przeszło dwie godziny patrzyły się na wszechobecny błękit. Nawet zwykle ciekawscy Chińczycy sprawiali wrażnie znudzonych i niezbyt zachwyconych rejsem. Pod tym względem idealnie pasowałem do towarzystwa.

Po zejściu ze statku wylądowaliśmy w typowym miasteczku portowym z dużą ilością policji i służby celnej przy wjeździe na autostradę – tyle by było z naszego autostopu. Humory nam się poprawiły z chwilą gdy mała grupka skośnookich znajomych urosła do rozmiarów co najmniej kilku drużyn piłkarskich – wszyscy przekrzykiwali się intensywnie przy tym gestykulując, starając się odnaleźć swojego kolegę(aż przez chwile człowiek miał wrażenie, że prom go zawiózł na Hokkaido, a nie na Lolland)!

Po dłuższej chwili namysłu zdecydowaliśmy się podjechać autobusem do najbliższego miasta i stamtąd kontynuować naszą podróż. Komunikacja działała bardzo sprawnie i już po 45 minutach dostaliśmy się do niepozornego duńskiego miasteczka Maribo. Miasto wyglądało na opuszczone  jedynymi osobami byliśmy my i nawet mieliśmy wątpliwośći czy samochody nas mijające posiadały pasażerów, czy może były to pojazdy widmo.

Wszystkie sklepy były pozamykane, stacje benzynowe nie miały toalet, a temperatura wskazywała 33 kreski – ekstra! Jak się później okazało, jest to typowy miejski duński krajobraz. Danie zamieszkuje bowiem tylko 5,5 mln ludzi, z czego większość jest poukrywana w wielkich metropoliach.

Już po paru minutach zatrzymała się para Duńczyków, którza zabrała nas na kraniec wyspy do następnego promu. Jazda mijała nam na rozmowach na temat produkcji cukru oraz polskich korzeni naszych towarzyszy. Co ciekawe, każda osoba, która nas w Dani wzięła ze sobą miała coś wspólnego z Polską. Dostajemy kilka rad oraz 100 duńskich koron (wtedy nie wiedzieliśmy ile skarbów można za to kupić) i wsiadamy na kolejny prom. Tym razem podróż trwała tylko 45 minut, były toalety, byli ludzie i było chłodniej  czego chcieć więcej. Szczęście uśmiechneło się do nas po raz kolejny, kiedy to udało nam się zaczepić starsze małżeństwo, które wzięło nas do Faaborg. Ochoczo wdając się w dyskusje na temat dziejów Polski i Danii, dotarliśmy do celu podróży.

Rozstaliśmy się na jakimś rondzie, gdzie nawet nie zdążyliśmy odłożyć plecaków, a zatrzymuje się dziennikarz pracujący w lokalnej gazecie. Po miłej podróży pożegnaliśmy się na wjeździe do Odense  miasta w którym urodził się i tworzył Hans Christian Andersen. Niestety, dotarliśmy tam za późno i nawet nie było sensu szukać jego domu. Nie żałujemy tego, ponieważ, jak się później dowiedzieliśmy, był to zwykły domek przykryty strzechą ze stołem i dwoma krzesłami na krzyż  kolejny okrzyknięty zabytek niewarty zobaczenia.
Po stoczeniu nierównej walki z mrówkami, znęczeni trudem podróży udaliśmy się spać.

Rano, po studenckiej jajecznicy, udaliśmy się na drogę w kierunku Esbjerg. Dania to piękny kraj do stopowania. Po dosłownie kilku samochodach zatrzymał się młody chłopaczek, który podrzucił nas połowę drogi. Po rozstaniu, przeszliśmy kilkadziesiąt metrów, a tam stała trampka z Niemiec jadąca w tym samym kierunku co my (co za pech – konkurencja). Na nasze szczęście, wykładowca termoenergetyki jądrowej, wolał zabrać nas niż uroczą panią. Podróż nie należała do szczególnie wygodnych, ponieważ przyszło nam jechać z klatkami pełnymi kurczaków skutecznie uniemożliwiającymi słuchania własnych myśli, nie wspominając o rozmowie z kierowcą. Po pełnym uprzejmości pożegnaniu udajemy się w stronę plaży. Niczym nie różniła się ona od tych, znanych wszystkim Polakom plaż znad Morza Bałtyckiego. Wielka piaskownica, z zimnych, wzburzonym morzem okalającym wybrzeże. No może tylko fakt, że duńczycy wjeżdzali na nią samochodami i bezczelnie parkowali na piasku gdzie popadnie, sprawiało, że krajobraz nie był ograniczony do parasoli i parawanów.

Szczęście się jednak skończyło w momencie kiedy Paulina gubi telefon z pamiątkowymi zdjęciami i numerami kontaktowymi do rodziców. Po długich, bezowocnych łowach pogodziliśmy się z jego stratą i zaczęliśmy spacer w stronę wyjazdu z miasteczka. Pech to jednak chodzi parami okazuje, że autobus, który do niego kursuje jest na telefon, tak jak taksówka, i trzeba na niego czekać 2 godziny. Po takiej informacji odechciało nam się czegokolwiek i kontynuuwaliśmy pieszą wędrówkę w kierunku Esbjerg.

Z opresji uratowała nas miła Pani, która nie dość, że zaoferowała nam podwózkę, dała jakieś 2 dziwne pojemniki z „jedzeniem”, to jeszcze zaprosiła nas na barbecue! Nadja okazała się być żoną duńskiego żołnierza, a paczki były po prostu duńskimi racjami żywnościowymi dawanymi „marines” w trakcie misji. Pomagając rodzinie przy wspólnym obiedzie miałem okazję popisania się swoimi umiejętnościami kulinarnymi. Na szczęście ciężko jest zepsuć ciężki proces jakim jest usmażenie karczku, więc najedzeni zostajemy zabrani na wycieczkę po okolicy. Oskbøl, bo tak nazywała się miejscowość w której się zatrzymaliśmy, słynie z tego, że znajduje się tuż obok jedynego w Dani poligonu i głównej bazy wojskowej. Dzięki uprzejmości Nadji zostaliśmy tam zabrani (żołnierze w wakacje mają wolne) i zwiedziliśmy okoliczne bunkry, platformy dla ćwiczeń pancernych, etc. Można by rzec, że złapaśliśmy na stopa czołg, ponieważ dana nam była jednym z nich wewnątrz koszar. Po zobaczeniu bezkresnych terenów Danii, na których jesienną porą można zobaczyć stada jelenii i danieli liczące nawet do 300 sztuk, udaliśmy się na kolację.

Po kilku złapanych samochodach udaje nam się dostać do drugiego przecudownego małego miasteczka tej wyprawy – Ribe. Miasto miało w sobie tyle magii, że Hogwart się do niego w żaden sposób nie umywa. Było pełne wąskich uliczek z ciekawą architekturą i niezbyt oblegane przez turystów. Aż żal było z niego wyjeżdżać. Co było zarówno ciekawe jak i urocze na swój sposób – jakiejś pani tak bardzo się wkomponowaliśmy w kadr, że chciała nam porobić zdjęcia ( jakby ktoś je znalazł na którymś z końców internetu to podeślijcie link). Spędziliśmy tam w sumie kilka dobrych godzin zanim wyruszyliśmy dalej na południe w stronę Niemiec.

Duńczycy  byli dla nas naprawdę mili, uprzejmi i otwarci. Ze wszystkich  narodowości jakie do tej pory spotkałem i było mi dane obcować, są moimi  faworytami. Z pewnością jeszcze nieraz pojadę w tamte rejony.

Nauczeni doświadczeniem, że w Niemczech bywa bardzo różnie, pognaliśmy co sił w kciukach w kierunku Holandii. Nasze zapędy zostały jednak bardzo skutecznie ostudzone. Nie mogę powiedzieć, kilka razy się miło zaskoczyłem, bo wiele osób pytało się czy nam mogą w jakikolwiek sposób pomóc . Niestety  ciężko nam było się dogadać. Noc po długich i ciężkich bojach, spędzamy na polu w pobliżu dość-bardzo uczęszczanej drogi. Niesamowitym było leżeć sobie w namiocie i słyszeć jak TIR jedzie wprost na Ciebie po czym odbija prowadzony białymi pasami na drodze. Rano wstaliśmy z przekonaniem, że czeka nas bardzo dobry dzień. Najpierw zatrzymał się przemiły jegomość w samochodzie dostawczym, który zabrał nas do Heide i tam zostawił przy wjeździe na autostradę. Byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni, kiedy to po chwili zatrzymał się facet, który zabrał nas dalej do Elmshorn. Tym razem mieliśmy jednak pecha, nie dość, że wylądowaliśmy po złej stronie miasta i musieliśmy całe przejść na pieszo to jeszcze wszechobecne remonty skutecznie utrudniały odnalezienie się w okolicy. Zmęczeni i głodni postanowiliśmy ceremonialnie, wśród świadków, otworzyć wojskowe paczki żywnościowe, które otrzymaliśmy od Duńczyków. A tam – skarby!!

Gdyby kogoś interesowało to napisze tutaj pełną listę produktów: Kurczak z ziemniakami, torebka termogrzewcza, 2 dżemy, miód, musli, 3 pasztety, 6 kromek chleba, baton energetyzujący, baton normalny, energetyk w proszku, kawa, 3 torebki herbaty, 2 łyżki, kilka wykałaczek, 4 saszetki soli, 4 saszetki pieprzu, orzeszki z migdałami, sucharki( lembasy), gumy do żucia, serek topiony, tuńczyk w limonce, tuńczyk z czymś, szczoteczka do zębów, saszetka ketchupu, kilka chusteczek nawilżających, zapałki.

Podjąwszy decyzję, co się da zjeść od razu, a co idzie na „kiedyś”, wyruszyliśmy dalej przez miasto po to by na jego końcu złapać miłego pana taksówkarza. Wszystko byłoby fajnie gdyby nie kij bejsbolowy, który wyjmuje spod siedzenia na powitanie (ah ta niemiecka gościnność). Zachowując zimną krew, wsiadamy do auta i udajemy się do Glückstadt. Rozstaliśmy się przy 3 km korku w kierunku promu i pieszo udaliśmy się na kolejny statek. Szczęście znowu nam sprzyja – udaje nam się prześlizgnąć bez płacenia za bilet. Po drugiej stronie rzeki złapaliśmy przemiłego starszego Pana, który jechał do Bremerhaven (tam gdzie my) wodować swój okręt! Podróż mijała nam na rozmowach na temat zespołów ( speed-irish-folk-rock  takiego gatunku muzyki był fanem, swoją drogą ciekawie to brzmi), podróżach autostopowych i innych zainteresowaniach. Co ciekawe, Pan będąc w naszym wieku również jeździł stopem po Europie. Raz się założył z przyjacielem o piwo, że w 10h dojedzie z Bremenhaven do Paryża i wyśle pocztówkę  wygrał! Po do tarciu na miejsce pozwalamy sobie na chwilę wytchnienia.

Następnie, udaliśmy się na kolejny prom – tym razem museliśmt płacić. Po 20 minutach mogliśmy już iść w kierunku najbliższego miasta – Nordenham. Wszystko przebiegało sprawnie i w miłej atmosferze(udało nam się nawet znaleźć Lidla). Nagle, ni z tego nie z owego, słychać było muczenie. Okazało się, że przez ostatnie 2 kilometry byliśmy śledzeni przez stado krasul! Czuliśmy się nieswojo – tyle oczu na nas patrzących… nawet dla nich byliśmy atrakcją turystyczną.

Po godzinie zatrzymała się miła pani pielęgniarka, która bardzo mi zapadła w pamięć (powody zachowam dla siebie). Dogadujemy się z nią łamaną angielszczyzną i ta zawozi nas do Brake. Tam – zasłużony odpoczynek w cieniu cyrkowych namiotów.

Śmiało, powiedz co o tym myślisz!