Czym to się je? – tajska kuchnia

Jestem niejadkiem. Przynajmniej według mojej mamy. Nic tylko całe dnie jadłbym gorącą pomidorową z kluskami. Ciepłą kluchą też jestem, ale nie o tym chciałem pisać. Przed wyjazdem doszedłem do wniosku, że podróży powinny doświadczyć nie tylko oczy, ale również pozostałe zmysły.

Wiele osób mnie przestrzegało, że umrę z głodu, że tajska kuchnia nie przypadnie mi do gustu i że jedyne, co zwiedzę to lokalne toalety. Nic takiego się nie stało. Ba, mam się całkiem dobrze i mogę śmiało powiedzieć, że jestem fanem tej kuchni. Owszem, z początku obawiałem się „jedzenia z ulicy”, ale z drugiej strony wszyscy jedzą i jakoś się trzymają, to dlaczego w moim przypadku miałoby być inaczej. Miałem tylko dwie zasady, co do wyboru lokalu, w którym skonsumuję posiłek – muszą w nim siedzieć Tajowie oraz posiłek musi być ugotowany lub usmażony. Nigdy te reguły mnie nie zawiodły.

W Tajlandii, jak i w okolicznych państwach, bardzo popularne jest stołowanie się w ulicznych barach. Można tam dostać wszystko – od kurczaka przez owoce morza, orzechy na insektach skończywszy. Dodatkowo, bardzo popularne są mobilne restauracje. W Polsce były one popularne 15 lat temu na różnego rodzaju giełdach – motorek z przymocowaną do ramy garkuchnią. Azjatycki asortyment jednak różni się znacząco, od tego, który pamiętam z dzieciństwa. O ile u nas przeważały smażone kiełbasy lub kawałki kurczaka, o tyle w Tajlandii są to najczęściej wszelkiego rodzaju szaszłyki, wątpliwego pochodzenia parówki czy grillowane warzywa. Przy odrobinie szczęścia, można „wylosować” kurczaka, przy jego braku – kałamarnicę.

Same potrawy są ostre. Jak mówię ostre, to znaczy, że mam na myśli piekielnie OSTRE. Praktycznie każde danie zwiera w sobie pikantną mieszkankę curry i chili. Do tego (zamiast ziemniaków) mamy do wyboru – ryż lub makaron z odpowiednim sosem. Wszystko przyozdobione dużą ilością warzyw – fasoli, kalafiora lub papryki. Często, jako dodatek, są dorzucane pędy bambusa czy orzechy wszelakiej maści (głównie nerkowca). Moje podniebienie bardzo zachwalało takie mieszanki. Trzeba jednak mieć na uwadze, że ostre dania bolą dwa razy, ale może nie będę się na ten temat rozwodził.

Moja prawdziwa przygoda z Tajską kuchnią zaczęła się jednak dosyć późno, kiedy to jeden z kierowców zabrał mnie i Adama do siebie do domu, a później na kolację. Trafiliśmy do restauracji, w której każdy stolik miał po środku metalowe naczynie, na którym wybrane potrawy należało sobie samemu przyrządzić. Niby nie brzmi to strasznie, ale to było moje pierwsze pieczenie takich specjałów i na dodatek musiałem to robić pałeczkami. Nasi gospodarze mieli ze mnie niezły ubaw, jednak głodny od talerza nie odszedłem. Poza już wymienionymi wcześniej składnikami, popularne jest również jedzenie sfermentowanego soku z jakiegoś owocu, do którego dodawana jest żelatyna. Dzięki temu otrzymujemy czarną galaretkę, która w smaku jest… nijaka. Co do samych owoców, to było niewiele, które potrafiłem nazwać po imieniu. Najbardziej popularnym i zarazem najsmaczniejszym były dla mnie tzw. smocze owoce. Z wyglądu przypominają one śliwki z mnóstwem włosków na skórce. Ich smaku nie jestem niestety w stanie przyrównać do niczego mi znanego. Były wyśmienite.

Na sam koniec obalę jeszcze tylko jeden mit. Europejczycy uważają, że Azjaci jedzą mnóstwo insektów. Nic bardziej mylnego. Owszem, były one jedzone w okresie wielkiego głodu, ale teraz są one tylko wabikiem na spragnionych wrażeń turystów. Bo kto normalny jadłby z własnej woli jakiegoś karalucha czy skorpiona?

 

One thought on “Czym to się je? – tajska kuchnia”

  1. Jeżeli chodzi o ostrą kuchnię – polecam kierunek Indie. Może sama tam nie byłam, ale miałam okazję skosztować posiłków przyrządzonycho przez rodowitego Hindusa, który specjalnie sprowadza od rodziny przyprawy – to, co Polakom wypala przełyki, dla nich jest ledwie doprawione.

Śmiało, powiedz co o tym myślisz!