Droga przez Syczuan

Wiedziałem, że nie zdążę zobaczyć wszystkich atrakcji Państwa Środka, nawet nie chciałem próbować ze względu na męczące tłumy turystów. Miast miałem już dosyć i za namową Tomka postanowiłem, wolnym tempem, udać się na północ zwiedzając po drodze dwa parki narodowe – Huanglong oraz Jiuzhaigou. Drogi w Syczuanie są niesamowicie kręte, strome i zielone. Wszystko za sprawą gór, które rozciągają się po horyzont. Nic dziwnego, że właśnie tutaj najchętniej wracają wszyscy turyści.

Region dzisiejszej prowincji Syczuan to nic innego jak historyczna część Tybetu. Nie trudno było znaleźć majestatyczne fortece czy monumentalne posągi wojowników górujące nad wioskami. Sami mieszkańcy też wydali mi się inni. Z jednej strony bardziej zdystansowani, chłodni, ale po przełamaniu lodów okazywali się ludźmi o gołębich i ciepłych sercach.
Mijały kolejne dziesiątki kilometrów, kolejni bezimienni kierowcy, te same krajobrazy. Z tej nostalgii wyrwał mnie pewnego popołudnia duży samochód zmierzający prosto w moją stronę. Był nim camper. Może nie brzmi to spektakularnie, ani jakoś szczególnie wyjątkowo, ale był to pierwszy tego typu samochód, który widziałem w Azji. Coś musiało być na rzeczy i w rzeczywistości było. Kierowcą okazał się Niemiec w wieku emerytalnym, który wraz ze swoimi przyjaciółmi przemierzał Azję od kilku miesięcy i nie planował zbyt szybkiego powrotu. Jak sam stwierdził „moją żonę oglądałem codziennie przez ostatnie 40 lat. Czas  ponownie przejrzeń menu”.

Huanglong – tęczowe jeziora

Huanglong oznacza dosłownie „żółtego smoka” i tą nazwą określany jest cały kompleks jezior, wodospadów oraz dolin. Mianem tym określana jest również świątynia znajdująca się u podnóża jednej z gór znajdująca się na terenie kompleksu. Sam teren charakteryzuje się bujną roślinnością oraz wieloma „tarasami” na których powierzchni znajdują się jeziora mieniące się wszystkimi kolorami tęczy. Wszystko za sprawą minerałów znajdujących się w wodzie oraz odpowiednim kącie padania promieni na oświetlone zboczę góry. Niestety, odpowiednią porą na podziwianie tego zjawiska jest późna pora monsunowa, więc niestety musiałem obejść się smakiem. Widoki jednak rekompensowały wszystkie niedogodności.

Informacje praktyczne:

Koszt:  200 RMB (120zł) w trakcie sezonu (Kwiecień-Listopad) osoba dorosła
100 RMB (60zł) w trakcie sezonu (Kwiecień-Listopad) dzieci i młodzież ucząca się
60 RMB (36zł) poza sezonem (Listopad-Marzec)
Wjazd kolejką: 80 RMB (25zł) w górę, 40 RMB (25zł) w dół
Godziny otwarcia: 8:00 – 17:00

Jiuzhaigou – chińskie pojęcie turystyki

„Twoja karta jest zablokowana” – Po raz kolejny mignął komunikat na ekranie bankomatu. Jeszcze raz, ostatni. Pik, pik, pik! – znowu to samo. Nawet nie byłem zły. Może odrobinę załamany na początku, ale tę informację widziałem już od kilku dni na różnych bankomatach, więc kolejne próby służyły tylko podsycaniu nadziei, że może tym razem zadziała. Obsługa klienta na infolinii nie potrafiła mi pomóc, pieniądze, nawet te awaryjne, się prawie skończyły. „Za hostel trzeba będzie zapłacić, do brzucha coś włożyć, a i jeszcze jutro trzeba bilet do Parku Narodowego kupić… kombinuj Michał, kombinuj” – biłem się z myślami trzymając ostatnie 20 yuanów (ok. 12zł) w dłoni. Chińczycy, o ile bywają nierozgarnięci, o tyle zawsze starają się pomóc na tyle na ile potrafią. Porozmawiałem z właścicielem hostelu o mojej sytuacji, on porozmawiał z jednym z uczestników wycieczki z Chengdu. W ten sposób poznałem Bena.

Anegdotka:
Chińczycy nadając imię swojemu dziecku, nie nadają go w takiej formie do jakiej przywykliśmy. Nie ma tam Michałów, Krzysztofów, Julii, a raczej „Walczący ze smokami”, „Kochany Skarbek”, czy „Kwiat lotosu na spokojniej tafli jeziora”. Chcą oni jednak być jak najbliżej Europy i każda osoba może nadać sobie własne, zachodnie imię.

Mój nowy znajomy przedstawił mnie swojej grupce towarzyszy i wspólnie zaczęliśmy dyskutować nad potencjalnymi rozwiązaniami problemu. Najsensowniejszym  okazał się telefon do Tomka, który przelał Benowi odpowiednią kwotę na jego konto, ten mi ją wypłacił, a ja Tomkowi oddałem równowartość w złotówkach. Ta przygoda sprawiła, że polubiłem się z Benem oraz jego wesołą kompanią. Do takiego stopnia przypadliśmy sobie do gustu, że propozycja wspólnego spaceru do Jiuzhaigou spotkała się z wielkim entuzjazmem wszystkich zainteresowanych.

Park Jiuzhaigou jest wielkim kompleksem jezior, wodospadów oraz lasów, który jest domem dla wielu zagrożonych gatunków zwierząt, m.in. pandy wielkiej. Swą nazwę zawdzięcza tybetańskim wioskom położonym na całym obszarze parku (Jiuzhaigou oznacza dosłownie „Dolina dziewięciu osad”). Taki opis pewnie znajduje się w jakimś przewodniku, a obraz parku maluje się zupełnie inaczej, gdy człowiek ustawi się do kilometrowej kolejki po bilet. „Jeżeli na czymś można zarobić pieniądze, to należy ich pozyskać jak najwięcej” – powiedział właściciel parku. Sam charakter całego obiektu do złudzenia przypomina ten znany z Morskiego Oka. Wielcy taternicy jadący na Łysą Polanę po to, by przejechać się rykszą do najsłynniejszego oczka wodnego południowej Polski. Nie inaczej jest w Jiuzhaigou. Kilometrowa kolejka, bramki wejściowe i ochrona niczym jak na terminalu lotniska oraz brak oznakowania szlaków – tymi epitetami określiłbym moje pierwsze wrażenie po dojechaniu na miejsce. Na szczęście nie tylko ja czułem niesmak. Ben również przeraził się komercyjną stroną całej wycieczki i namówił swoich znajomych na pokonanie całej długości parku piechotą. To uratowało cały wypad. Szlak prowadził z dala od asfaltowej drogi pełnej zachodnich turystów i autokarów, co pozwoliło w spokoju nacieszyć się zapierającymi dech w piersiach widokami. Szum wodospadów, szelest wysokiej trawy i świergot ptaków – tego potrzebowałem po kilku dniach spędzonych w stolicy prowincji.
Spędziliśmy w parku przeszło sześć godzin spacerując, więc drogę powrotną pokonaliśmy autobusem… na gapę. Z początku młodzież nie była zachwycona, ale uśmiechnięte twarze po wyjściu z pojazdu sprawiły, że przestałem mieć wyrzuty sumienia.

Informacje praktyczne:

Koszt:  220 RMB (130zł) w trakcie sezonu (Kwiecień-Listopad) osoba dorosła
110 RMB (60zł) w trakcie sezonu (Kwiecień-Listopad) dzieci i młodzież ucząca się
60 RMB (36zł) poza sezonem (Listopad-Marzec)
Bilet autobusowy: 90 RMB (55zł)
Godziny otwarcia: 7:00 – 19:00

Kuchnia tybetańska od kuchni

Kuchnia tybetańska różni się znacząco od tej poznanej w Yunnanie czy w stolicy prowincji, Chengdu. Przede wszystkim nie jest pikantna, co moje kubki smakowe przyjęły z wielką radością. Pełno w niej mięsa (głównie jaka), warzyw oraz nabiału. Potrawy są tłuste, sycące i bardzo smaczne. Wraz z moimi znajomymi udało mi się spróbować chińskiej odmiany bawarki (zielona herbata z mlekiem jaka), jakburgera (taki hamburger, ale z mięsem z jaka) oraz thenthuk – gęstej zupy z mięsem, warzywami i makaronem.
Oczywiście jak szef kuchni zobaczył, że gości „białego” to bez pamiątkowego zdjęcia nie było mowy o opuszczeniu lokalu.

5 thoughts on “Huanglong oraz Jiuzhaigou – tęczowe jeziora”

  1. Takie przygody z bankomatami też mam za sobą, to co prawda był splot niefortunnych zdarzeń (próba wypłaty, sms potwierdzający, ale karta padła, więc przy braku autoryzacji bank zablokował kartę), ale i tak jedna z bardziej stresujących sytuacji w podróży. Fajnie, że udało się problem rozwiązać i jeszcze przy okazji zyskać fajne znajomości.
    Ponieważ jestem wielką fanką malezyjskiej bawarki (teh tarik) coś czuje, że i chińska by mi przypadła do gustu 🙂

  2. Chiny były chyba póki co najcięższym podrózniczo miejscem jakie odwiedziłam, te tłumy mnie przerosły 😉 Ale teraz, po kilku latach, chyba mogłabym tam wrócić 🙂 i własnie do takich miejsc jak opisujesz, bo nei dość że widoki piękne, to jeszcze o wiele spokojniej to wygląda 🙂

  3. Piękne miejsca i piękne zdjęcia. Za każdym razem, gdy śledzę relację z Chin, przypomina mi się czas, kiedy tam mieszkałem i po prostu przeokropnie mi się tęsknie za tym krajem! Nawet nie za wakacjami tam, ale za mieszkaniem tam właśnie. Pozdrawiam!

Śmiało, powiedz co o tym myślisz!