Moje wielkie chińskie wesele

Kolejny dzień bez karty kredytowej, kolejny przeciwnik w kalambury, tym razem kierowca ciężarówki. Powoli miałem dosyć ciągłego tłumaczenia co, jak i dlaczego. Ręką machnąć, tutaj pokazać obrazek, tutaj coś na palcach – cała procedura dogadywania się była już w pełni zautomatyzowana niczym na jakieś hali produkcyjnej. Monotonia przed którą uciekałem dopadła mnie nawet w Chinach. Chciałem, by coś się wydarzyło. Tego samego dnia, co prosiłem los o jakąś przygodę, niewiele brakowało, a zmieniłby się mój status cywilny. Już wiem, że muszę rozsądniej dobierać prośby.

Jedna z dziesięciu

Sukces. Nawiązałem z moim kierowcą nić porozumienia. Kilkukrotnie widziałem nawet w jego oczach taki charakterystyczny błysk. „Kurczaki, elektrony tak przeskakują między synapsami, że aż wyładowania się robią.” – szydziłem. „Tutaj tak paluchy układa, tutaj tego… chyba jedziemy na obiad, nareszcie!”
Trafiliśmy do jakiejś przydrożnej resta… baru, który w Polsce byłby ozdobiony szyldem „Zajazd u Grażynki”. Firanki wisiały tam, gdzie akurat ktoś miał fantazję je powiesić (niekoniecznie w oknach), a sala dla gości lokalu była przy okazji izbą domowników. Przy okazji lokal pełnił chyba też rolę jedynego miejsca schadzek mieszkańców okolicznych wiosek, bo było dosyć tłumnie. Byłem niesamowicie głodny, a ostatnim moim zmartwieniem była wtedy aranżacja wnętrza. Zamówiłem coś „palcem” i gdy tylko posiłek pojawił się na stole, zabrałem się do jedzenia. Machnąłem kilka razy pałeczkami łapczywie nabierając makaron, gdy nagle do baru wparowało dwóch Chińczyków. Zmierzyli mnie kilkukrotnie wzrokiem od stóp po czubek głowy, po czym uciekli jak poparzeni. Po chwili wrócili przyprowadzając ze sobą całą wioskę. Każdy mi się bacznie przyglądał, niektórzy kiwali z aprobatą, inni robili zdjęcia. Brakowało tylko jury z tabliczkami, na których pokazywaliby oceny.  Z całego tego harmidru wyłoniła się dwójka narwanych jegomości i zachęcali mnie do wyjścia na środek. „Oho, chciałem przygody, to mam. Zaryzykuję.” – pomyślałem. Tłum się rozstąpił, by ustąpić miejsca mi oraz ośmiu kobietom mniej więcej w moim wieku. „Robi się ciekawie. Cóż, powiedziałem A, to trzeba powiedzieć B”.
Musiałem wybierać. Nie chciałem jednak, by głównym kryterium była uroda więc zapytałem:
– Do you speak english? (czy mówisz po angielsku?)
Cztery z uśmiechem na ustach odpowiedziały yes (tak), więc poprosiłem je, by wystąpiły kroczek do przodu. W tym momencie nie wiedziałem, o co dalej pytać, napięcie sięgało zenitu, a cała publika siedziała jak na szpilkach czekając aż wybiorę kandydatkę. Padło na tę na zdjęciu. Oklaskom i błyskom flashy aparatów nie było końca. Zostaliśmy obfotografowani z każdej możliwej strony. Co chwila słyszałem „Bolan (Polska), Europe, grube miliony monet”. Gdy fala entuzjazmu opadła mogłem w końcu porozmawiać z moją damą.
– Do you speak english? – zapytałem dla pewności
– Yes. – świetnie, na razie wszystko się zgadza
– What is your name? (jak masz na imię?)
– Yes.
Pomarańczowa lampka zapaliła mi się w głowie. Panika. Postanowiłem zadać ostatnie pytanie, które miało rozwiać wszelkie wątpliwości.
– How old are you? (ile masz lat?)
– Yes.
„To koniec. Jestem ugotowany.” – pomyślałem na samym początku. „Z drugiej strony jest to świetny materiał na żonę. Na wszystko się zgadza” – zaśmiałem się.
Całe przedstawienie niespodziewanie zaczęło jednak nabierać coraz większej powagi. Nagle na stole pojawiły się jakieś papiery. Oczywiście wszystko było pomazane przez chińskie krzaczki. Jeden z obecnych mężczyzn, niczym Franek Dolas z „Jak rozpętałem II Wojnę Świątową”, zaczął mi bardzo powoli i bardzo wyraźnie tłumaczyć, co jest napisane na kartce – oczywiście po chińsku. Doszedłem do wniosku, że czas kończyć tę zabawę, bo konsekwencje mogą być nieprzyjemne. Wyjąłem telefon i pokazałem wszystkim zdjęcia z moją kochaną dziewczyną. Wytłumaczyłem im, że o ile ich kandydatka jest urodziwa i mógłbym być nią zainteresowany, o tyle moje serce od dawna należy już do innej kobiety i nie zamierzam tego zmieniać.
Wcześniejsze napięcie nagle opadło. Po sali dało się słyszeć westchnięcia i goście powoli zaczęli opuszczać lokal. Ostatnia wychodziła moja niedoszła żona, która z wyraźną ulgą powiedziała:
Thank you (dziękuje).

One thought on “Moje wielkie chińskie wesele”

Śmiało, powiedz co o tym myślisz!