Komunizm w pigułce – Laos

Granica Tajlandii z Laosem przywitała nas kolejnym naciągaczem ze specjalną ofertą. Za 200bahtów jegomość miał załatwić wszystkie graniczne formalności za nas. Nie skorzystaliśmy z jego propozycji i zaoszczędziliśmy dzięki temu 160bahtów (całkiem duża prowizja jak na „pomoc” w kupnie biletu autobusowego). Granicy nie da się przekroczyć pieszo, a wszelkie próby takiego wybryku zostałyby zarejestrowane na jednej z dziesiątek kamer. Po drugiej stronie mostu sytuacja była odwrotna. Pomimo braku zdjęcia wizowego, urzędnik bez problemu wbił mi pieczątkę do paszportu.

Autostop z początku też wydawał się banalny – drugi z mijających nas samochodów zatrzymał się i podrzucił do samego centrum stolicy – Wientianu. Byliśmy wykończeni i spaleni od słońca po całodziennej jeździe na pace, więc po znalezieniu hostelu, poszliśmy się zrelaksować nad Mekongiem. Idąc nad rzekę, co chwila można było usłyszeć „marihuana? weed? cocaine?”. Kilkanaście lat temu, wszystkie te używki były legalne w tej części świata. Dzisiaj, za ich posiadanie grozi kara śmierci. Nie oznacza to jednak, że wszystkie plantacje konopi indyjskich zostały zastąpione przez pola uprawne. One ciągle istnieją, tyle, że w wyżej położonych rejonach kraju. Nie mniej, policja i wojsko czuwa nad bezpieczeństwem swego państwa. Już po kilkunastu minutach spędzonych na sączeniu piwa, przyszedł do nas patrol mundurowych z karabinami. Po tym jak opróżniliśmy kieszenie i panowie nie znaleźli niczego nielegalnego, zawiedzeni odeszli w swoją stronę. Po tej przygodzie, postanowiliśmy nie kusić już więcej losu i pójść spać. Następny dzień mieliśmy w całości przeznaczyć na zwiedzanie.

Okazało się jednak, że nie ma za bardzo, co zwiedzać. Takie same świątynie jak w Tajlandii, podobne budynki, tandetnie wyglądające muzea. Sytuację uratowały pozostałości po festiwalu rzeźb z piasku nad Mekongiem. Samo miast było brudne i zaniedbane. Wszędzie wiszące Laoskie flagi podkreślały patriotyzm oraz ustrój kraju. Obok biało-niebiesko-czerwonych flag znajdowały się czerwone z bardzo charakterystycznym symbolem – skrzyżowany sierp i młot. Na dodatek na każdym z większych skrzyżowań – posterunek policji.

Wientian zdecydowanie nie przypadł mi do gustu. Chcieliśmy go opuścić jak najszybciej, ale ze względu na temperaturę, musieliśmy zostać w nim do wieczora. Termometr wskazywał prawie czterdzieści kresek… w cieniu.

Wydostanie się ze stolicy nie należało do najprostszych. Nie ze względu na rozmiar miasta, tylko dlatego, że kierowcy niechętnie się zatrzymywali. Nie chcieliśmy zostawać w nim kolejnej nocy, więc zdecydowaliśmy się wziąć autobus. Po czterdziestu pięciu minutach targowania się z kierowcą, udało nam się zbić cenę do 1/10 kwoty wywoławczej. Byłem tak zmęczony, że nawet fatalny stan dróg nie przeszkadzał mi w przespaniu całej trasy. Dopiero lokalny mieszkaniec wioski, do której dotarliśmy , wybudził mnie z drzemki. Zaczął on do nas mówić po francusku. Trybiki zaskoczyły, żaróweczka w główce się zapaliła. W Tajlandii nie można było nigdzie kupić pieczywa, w Laosie bagietki były łatwo dostępne. Na dodatek – architektura niektórych budynków wskazywała na postkolonialne dziedzictwo. Laos w XIX wieku znajdował się pod protektoratem francuskim.

W Laosie istnieje również surowe prawo wobec turystów. Dowiedzieliśmy się o tym, gdy w każdym z odwiedzonych przez nas hosteli usłyszeliśmy „nie mamy wolnych miejsc”. Niemożliwością jest by w tak nieturystycznym miejscu, nie było wolnych łóżek dla dwóch podróżników. Każdy gospodarz ma obowiązek zarejestrowania obcokrajowców, których przyjmuje pod swój dach. Nikomu się tego robić nie chce i dla świętego spokoju, wolą odmówić gościny. Nie mieliśmy wyboru – rozbiliśmy namiot, tuż przed wejściem do hostelu… jak na bezczelnego Polaka przystało.

Mój kawałek raju – Vang Vieng

 

Mekka dla backpackersów – takim hasłem było reklamowane to miejsce w przewodnikach. Postanowiliśmy to sprawdzić. Po prawie całodniowej podróży, w trakcie które musieliśmy naprawiać nasz środek transportu tyko dwa razy, dotarliśmy do Vang Vieng. Naszym oczom ukazało się kilka budynków skleconych z blachy, gliny i tego-co-było-pod-ręką. Obok znajdował się wielki prowizoryczny pas lotniczy. „No pięknie” – pomyślałem. Nie dość, że temperatura była za wysoka o kilka kresek, to jeszcze zamiast „Ziemii obiecanej” zastaliśmy plac, który z powodzeniem mógłby być wykorzystany w jakimś filmie katastroficznym. Nie mniej, nie poddaliśmy się i postanowiliśmy odnaleźć centrum miasta.

Po długich i męczących negocjacjach, znaleźliśmy miejsce dla siebie – 15zł od osoby za noc, to nie jest dużo. Tak naprawdę, jedynym powodem, dla którego wybieraliśmy hostele nad namiot, była możliwość korzystania do woli z prysznica. Strumień zimnej wody przy wszechobecnym upale był wybawieniem. Tak samo jak kąpiel w jaskini. Po obiedzie poszliśmy zwiedzić okolicę. Mapki, które dostaliśmy od właścicielki hostelu do niczego się jednak nie nadawały – brak skali i prowizoryczne rysunki zamiast konkretnych nazw. Podążając za znakami trafiliśmy na wejście do jednej z jaskiń. Przy kasie – trójka dzieci w wieku od 8 do 12 lat. Okazało się, że dzieci pracują na wakacje. Nie tylko sprzedając bilety, ale również, jako przewodnicy. To było niesamowite uczucie, gdy takie szkraby wskazywały drogę przez pola ryżu, gęstą dżunglę, a następnie w jaskiniach.

Jeszcze przed podróżą, za sprawą różnych portali społecznościowych, poznałem Marilyn – dziewczynę z Singapuru, która również wybierała się do Laosu. Los chciał, że zatrzymała się w pobliskim hostelu. Postanowiliśmy się spotkać z nią i jej znajomymi. Przy jednym stole zasiadła cała śmietanka różnych narodowości. Były dziewczyny z Chile, Singapuru oraz Kanady; mężczyźni reprezentowali za to Australię, Nową Zelandię, Izrael, Polskę i Meksyk.

Potrzebowaliśmy dniu urlopu od wakacji. Mieliśmy dość stania w słońcu i oczekiwania na jakiegokolwiek kierowcę. Tym bardziej, że jedyne czego nam się udało zawsze doczekać to burze konwekcyjne. Postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę rowerową po okolicy. To był najlepszy z pomysł jaki mógł nam przyjść do głowy. Zboczyliśmy z wytartych przez turystów szlaków. Dojechaliśmy do wiosek, gdzie dla ludzi byliśmy atrakcją. Dzieci biegały wokół nas, gospodynie pozdrawiały czułym uśmiechem i serdecznym sawajdi (lao. „dzień dobry”). Niestety, nawet w niektóre miejsca dotarli bogaci turyści. Wiele spośród najmłodszych, zamiast iskierek w oczach, miało tam wielkiego, zielonego dolara, a właściwie to kipa. Często po przywitaniu dodawały „mister kip, mister kip”. Z jednej strony rozumiem ich zachowanie, bo ludzie żyją tam biednie. Z drugiej, nie rozumiem zachowania turystów. Dlaczego dają im pieniądze za nic i uczą, że każdy biały to skarbonka, z której można bezkarnie doić mamonę. Niestety dla nich (kto wie, może kiedyś to docenią), byłem bez serca. Jedynie dzieci, które nas oprowadzały po okolicy dostały od nas kieszonkowe. One zasłużyły na parę groszy.

Zabawa w kotkę i myszkę – Chiński konsulat w Luang Prabang

Autobus. Osiem koszmarnych godzin. Nie żebyśmy mieli do przejechania raptem trzysta kilometrów. Wśród chmur, przez strome zbocza gór, po drogach, które były dopiero układane. Przez całą drogę żadne auto nas nie wyprzedziło, a i z przeciwka ruch był znikomy. Zwątpiliśmy, że w Laosie w ogóle da się jeździć autostopem.

Po odnalezieniu relatywnie taniego hostelu i rozpakowaniu rzeczy, poszliśmy na nocny bazar. To było coś cudownego. Bazar mienił się wszystkimi kolorami tęczy. W tle – uliczni grajkowie zarabiali swym dziełem na kolację. Nad nami – bezchmurne niebo i charakterystyczny zapach Azji Południowo-Wschodniej unoszący się w powietrzu. Asortyment sprzedawców obejmował wszystkie działy – od fantastycznie ozdobionych się wyrobów ceramicznych, przez lniane koszule na alkoholu z insektami w środku skończywszy. Nigdy nie sądziłem, że chodzenie „po sklepach” może przynieść mi aż taką frajdę. Zwieńczeniem wieczoru był, jak na ironię, szwedzki stół w jednej z knajpek. Zapłaciłem równowartość 10zł i mogłem najeść się za wszystkie czasy. Wybór również był szeroki – różnego rodzaju kluski w sosach warzywnych, sałatki owocowe, smażone banany w panierce – to tylko niektóre z dostępnych tam specjałów. Wieczór spędziłem na podrabianiu dokumentów potrzebnych do wyrobienia chińskiej wizy (o tym jak uzyskać wszystkie wymagane papiery napiszę w osobnym poście). Pół następnego dnia spędziłem na zabawie w kotka i myszkę. Biegałem od hostelu do ambasady donosząc brakujące dokumenty. Kolejne pół – na stopowaniu do granicy. Po wielu podejściach udało nam się w końcu dojechać do ostatniego miasta przed granicą. Tam – spotkaliśmy sześćdziesięcioletniego mężczyznę, który był w podróży od ponad półtora roku. Powiedział mi jedną rzecz, która na zawsze zapadnie mi w pamięć. „Wiesz Michał, żałuję, że nie zacząłem realizować swoich marzeń dwadzieścia lat temu”.

Śmiało, powiedz co o tym myślisz!