Dwa tygodnie w Kirgistanie cz. 1

Do pierwszej miejscowości,Sary-Tash, dojechaliśmy późno. Słońce nieśmiało znikało za szczytami gór ustępując miejsca nocy . Staliśmy po środku wioski, której liczba mieszkańców nie przekraczała półtora tysiąca osób. Gdyby nie to, że coraz więcej świateł zapalało się w oknach, możnaby uznać tę wioskę za wymarłą.

Pukając od drzwi do drzwi, natrafiliśmy na grupkę francuzów, którzy korzystali z gościnności jednego z mieszkańców. Po krótkich negocjacjach, zatrzymaliśmy się wraz z Johnem w drugiej izbie i po rozpakowaniu plecaków udaliśmy się na kolację pełną Kirgijskich pyszności.

Tego wieczoru narodziła się moja miłość. Platoniczna, nieodwzajemniona miłość do tradycyjnych „pierożków” zwanych mantami. Był to mój pierwszy posiłek od kilku miesięcy, który był namiastką Europejskiej kuchni.
W samych mantach, oprócz mięsnego nadzienia, obecny jest również bulion, w którym są one gotowane. Najczęściej podawane są one wraz z ostrą, papryczkową posypką lub z kwaśnym sosem do polania.

Manty

Slalomem do Osz

Dzień zaczęliśmy bardzo wcześnie. Tuż po wschodzie słońca poszliśmy z Johnym pobiegać… z aparatami. Te same szczyty, które poprzedniego wieczoru były zacienione i niezbyt urokliwe, tym razem były skąpne w złocistych barwach. Promienie ochoczo odbijały się ośnieżonych szczytów Pamiru tworząc magiczne refleksy w obiektywie.

Gdy nacieszyliśmy oczy otaczającą nas florą, wyciągneliśmy kciuki i udaliśmy się w kierunku Osz – jednego z najstarszych miast w Azji Centralnej którego założycielem,  według legendy, był król Salomon.

Według Europejskich standardów, 200 km, które dzieliło nas od celu, powinniśmy pokonać w kilka godzin. Należy jednak pamiętać, że jest to Azja –  ukształtowanie terenu nie sprzyja rozwijaniu dużych prędkości, a ilość zakrętów, które trzeba pokonać przyprawia o zawrót głowy. Na szczęście malownicze krajobrazy zrekompensowały całodzienną tułaczkę.

Samo miasto niczym nie zachwyca – szare, obdrapane, nijakie. Jedyna „atrakcja” turystyczna znajdująca się w pobliżu –  Święta Góra Sulayman Too była akurat tego dnia zamknięta dla zwiedzających. Szkoda, bo jest jedynym miejscem znajdującym się na liście UNESCO w Kirgistanie, zapewne za sprawą licznych jaskiń pełnych petroglifów. Miasto może być warte uwagi, dla wszystkich tych, którzy kraj przemierzają jednośladem napędzanym siłą mięśni, o czym pisał Karol.

Kirgijska gościnność

Nie do końca rozumiem jak funkcjonuje ten Świat, ale wielokrotnie spotkałem się z tym, że osoby, które naprawdę posiadają niewiele, dzielą się wszystkim i chętnie otwierają swój dom i serce przed gościem. Niejednokrotnie idąc poboczem byłem zagadywany przez mieszkańców o cel mojej wizyty, proszony bym pokazał jakieś zdjęcia z mojego kraju, a jeszcze częściej byłem obdarowywany ciepłym słowem, uśmiechem czy choćby garścią owoców na dalszą drogę.

Jedną z tych osób był Roman, widoczny na fotografii. Pan zaprosił mnie na czaj (herbatę), poczęstował orzeźwiającymi przekąskami i jedynie czego oczekiwał w zamian to wspólne zdjęcie. Nie chciał przyjąć ode mnie ani podarku pieniężnego, ani w formie jakiegoś upominku. Roman chciał, bym mógł opowiedzieć później moim znajomym, że jego gościnność nie jest czymś nadzwyczajnym, a czymś, co charakteryzuje Kirgizów.

Odnoszę wrażenie, że „ubóstwo” uczy ludzi pokory. Pokory do życia. Ludzie zdają sobie sprawę, że jednego dnia pomagają sąsiadowi, drugiego dnia sąsiad przyjdzie z pomocą, gdy Ci będą przykuci do łóżka przez chorobę.

Brakuje mi w Polakach takiej otwartości i szczerości zwłaszcza teraz, kiedy coraz częściej boję się odwracać do ludzi w tramwaju obawiając się, że podróż zakończę na SORze z nożem wbitym w plecy.

4 thoughts on “Dwa tygodnie w Kirgistanie cz. 1”

  1. Wzruszył mnie fragment o gościnności ilustrowany wyjątkowo udanym zdjęciem. Jednak nie zgodzę się z niezwykle krytycznym spojrzeniem na Polaków. Nie bez powodu gościnność jest uważana za naszą narodową cechę, co potrafią wielokrotnie docenić cudzoziemcy. Panuje obecnie specyficzny klimat, który buduje przekonanie o trwającej wojnie polsko-polskiej, ale cały czas na swojej drodze można spotkać wielu świetnych rodaków.

    1. Jak sama zauważyłaś, Polską gościnność doceniają cudzoziemcy – być może dlatego, że chcą oni utrzymać to miano względem obcokrajowców. Nie twierdzę, że świetni i życzliwi rodacy wymarli i nie można ich spotkać. Odnoszę tylko wrażenie, że na przestrzeni ostatnich lat, zamiast aury otwartości i jakiegoś szczerego uśmiechu, coraz częściej towarzyszy nam znieczulica. Być może zbyt generalizowałem, jednak zgodzisz się ze mną, że trendy panujące w społeczeństwie niestety nie nastrajają optymizmem i zmierzają w tę gorszą stronę.

Śmiało, powiedz co o tym myślisz!